Z życia matki autysty.

Od powrotu z wakacji żyjemy w pewnego rodzaju zawieszeniu.

Przed wyjazdem ogarnialiśmy w panice BlueBoyowego orzecznika od niepełnosprawności a potem ZUS, mnie notorycznie szlag trafiał w związku z Ziemią Przodków, wydaliśmy majątek na nową elewację domu, bo stara była w stanie, w którym po najbliższej zimie trzeba by było odgrzybiać dom. I oczywiście odsuwaliśmy nieuniknione. Na „po wakacjach”.

Ale teraz z tych wakacji wróciliśmy i już się nie da niczego odsuwać. Zwłaszcza, że Jakub zaczął się stanowczo domagać konkretów.

No bo Piter i BB mają tę szkołę fotograficzną (komentować szczegółów nie będę, bo nic nie poszło według moich założeń i muszę złapać dystans do tematu). BB ma dodatkowo szkołę muzyczną i angielski. Raz na dwa tygodnie (bo za cholerę nie wycisnę pieniędzy, żeby co tydzień) chłopaki grają w tenisa z trenerem. W rezultacie Kuba siedzi w domu i się nudzi. A on od siódmego roku życia miał stałe zajęcia, więc wakacje OK, spoko są, ale czas na jakąś rutynę. A rutyny nie ma.

I najbardziej mnie dobija to, że wszyscy lecą do mnie z pytaniem: „I co teraz?”. A skąd ja, do ciężkiej cholery, mam wiedzieć co teraz??? Co to ja wróżka jestem? Z kapelusza magika wyciągnę zajęcia dla chłopaków? Tymczasem nie dość, że Jakub domaga się propozycji, to reszta rodziny na zmianę kiwa ze współczuciem głowami, albo przypiera mnie do ściany, żądając żebym coś wymyśliła.

I powiem wam, że to jest straszne. Bo ja i tak mam wystarczająco duży dyskomfort ze względu na brak opcji. No nie ma miejsca, w którym Kuba mógłby sobie spokojnie funkcjonować. Ja nie mam już pomysłów, czym mógłby się zająć. A nawet jeśli znajduję jakieś potencjalne zajęcia, to nie mam jak z nim na nie dojechać. Na taksówkę mnie nie stać, do autobusu się nie dowlokę. Przez ostatnie dwa tygodnie szczytem moich fizycznych możliwości było zejście po schodach z pierwszego piętra. Po krótkim spacerze z psem i chłopakami przez pół godziny dochodziłam do siebie. Ja po prostu nie mam siły. Coraz bardziej. A nikt mi z Kubą nie pojedzie na zajęcia z ceramiki czy czegokolwiek innego (patrz: wczorajsza wzmianka o asystencie osoby niepełnosprawnej). I być może właśnie przegapiamy jakieś potencjalne Kuby możliwości, a ja nic na to jestem w stanie poradzić. Zresztą to samo dotyczy BlueBoya. Patrzę codziennie, jak oni się cofają i ogarnia mnie rozpacz. Mój mąż jest totalnie zajęty pracą i niczego nie widzi. A oni tak siedzą przed tymi kompami… I dostają coraz większego pierdolca…

I tak, to prawda, że pojawia mi się myśl: Po jaką cholerę ja się tak szarpałam przez dwadzieścia lat, skoro cały ten mój wysiłek idzie teraz… no wiecie co i gdzie… Koniec szkoły. Renta. Siedzi się w domu i gapi w ścianę. Bez tłuczenia Dostojewskiego i uczenia robienia kanapek finał byłby ten sam. A gdybym nie stawała na głowie przez ten cały czas walcząc o cokolwiek, to może nikt by nie uważał, że jestem jedyną osobą odpowiedzialną za wymyślanie ciągów dalszych…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.