Werona 2021

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na nocleg w Weronie. Ale ta wizyta nie była nawet cieniem tego, czym miała być.

Wpis o Weronie miał być zupełnie, ale to zupełnie inny. Ale całe tegoroczne wakacje były zupełnie inne, niż miały być, więc fatum dotknęło również Werony. Dlatego nie przeczytacie pięknej historii związku naszej rodziny z tym miastem, bo z pełnej zachwytu celebracji został nam jedynie smutny widok na zamgloną Adygę z Corte San Mattia.

Trasa na Torricelle wyjątkowo nam się dłużyła. Nie pomagały też zaliczane po drodze ulewne deszcze. Na miejscu okazało się, że nasze pokoje nie są gotowe i chociaż zaproponowano nam Donnę Franceskę na przeczekanie, to nie nazwałabym naszych nastrojów za zbyt entuzjastyczne. A dalej było jeszcze gorzej…

Pokój śmierdział chemią od sprzątania i dezynfekcji w stopniu uniemożliwiającym mi spędzenie w nim czasu. Pojechaliśmy na spacer. Ale że mieliśmy za sobą wyczerpujący emocjonalnie tydzień wakacji, będący tak na prawdę zwieńczeniem wyczerpującego emocjonalnie roku (albo i dwóch), no to kiedyś to wszystko musiało ostro pieprznąć. I pieprznęło. Właśnie w Weronie.

Werona raczej nie kojarzy się z rozwodami, tylko tak jakoś przeciwnie, ale my chyba wszystko robimy na odwrót, więc może nie powinniśmy się niczemu dziwić. Dość, że w pewnym momencie po prostu poszłam z chłopakami przed siebie, a mój mąż oddalił się samochodem w bliżej nieokreślonym kierunku. I nawet napisałam Key, że ta Werona 2021 jest totalnie bez sensu. Bo generalnie BEZ NIEJ jest bez sensu, ale tym razem to już szczególnie. Ale Key mnie strasznie opieprzyła, że Werona NIGDY NIE JEST BEZ SENSU i od razu przywróciło mi to właściwe proporcje.

To miasto mojej siostry. I naszej wspólnej historii, której właśnie stuknęła trzydziestka. I oczywiście serce miałam rozdarte, że nie udało nam się przyjechać tu razem, właśnie TERAZ, ale o wiele bardziej rozdarty był Jakub, którego chwilę wcześniej ojciec zostawił na ulicy przed samochodem, więc moje sentymenty i rozpacze musiały ustąpić pilnej konieczności zapanowania nad wymykającą się spod kontroli sytuacją.

Ostatecznie byłam w moim ukochanym mieście. Mieście, które dobrze znam. Miałam hotel, do którego potrafiłam wrócić. Kartę do konta, na którym były pieniądze. Byli ze mną moi synowie. Świeciło październikowe słońce.

Poszliśmy do McDonalds’a, o którym nieustannie marzył Kuba.

A potem na najlepsze lody w mieście.

Jak widać na zdjęciach: tam zawsze jest kolejka na ulicy. Nie bez powodu. Podczas pandemii La Romana uruchomiła sprzedaż uliczną, z tradycyjnego retro wózka – widać go na zdjęciu z psem. Tak, tu też mają JRT… A naklejki zachęcające do wejścia z czworonożnym pupilem spotykaliśmy dosłownie wszędzie: w sklepach, w muzeach, kawiarniach i restauracjach. Wszędzie.

Na zdjęciach możecie również zobaczyć Pitera, który w międzyczasie do nas dołączył, więc na dalszy spacer udaliśmy się już w czwórkę.

Ten spacer był swego rodzaju wyzwaniem, bo ze względu na porę tradycyjnej wieczornej passeggiaty, na ulicach był tłum ludzi. Bez maseczek. Stłoczony niczym w metrze w godzinach szczytu. Uciekliśmy bocznymi uliczkami. Czasem dobrze jest znać miasto od nieturystycznej strony…

Udało nam się ominąć część zakorkowanej przez turystów Via Mazzini i wyszliśmy z tych bocznych uliczek prawie przed samym Piazza Erbe. Dokładniej tuż przy…

Nie, nie chodzi o te panie na drugim planie. Chodzi o:

Ostatni we Włoszech otwarty Disney STore…

… który był zamknięty. W niedzielę. Na Via Mazzini. Zamknięty.

Zdziwionych tym faktem przechodniów było znacznie więcej. Nie mam pojęcia jakim cudem udało nam się odkleić Jakuba od szyby…

Nie mieliśmy wyboru: następnego poranka spakowaliśmy się i po śniadaniu zamiast ruszyć w stronę Grazu, zadaliśmy dżipiesowi misję dojechania w niedostępne dla niemieszkańców rejony miasta. No bo mieliśmy przecież zapakowany po dach samochód i zostawienie go gdzieś na mieście zdecydowanie nie wchodziło w grę. Dał radę. A my mieliśmy nieprawdopodobnego farta, że akurat nie trafił nam się żaden patrol…

I ja nie wiem, jak to tłumaczyć, bo nawet Key nie chciała uwierzyć w te zdjęcia z Disney Store. Nie da się. Chyba, że wyłącznie Nieprawdopodobnym Życiowym Fartem Jakuba. Kupił sobie tego Trampa. Nawet nie narzekał, że nie ma Chapsa i Lili. Karnie odczekał w kolejce do wejścia, spryskał ręce odkażaczem, porwał z półki ostatniego psa, cierpliwie stał w kolejce do kasy, a potem prawie wcisnął sprzedawczyni banknoty, totalnie lekceważąc kartkę z prośbą o płacenie kartą. Wyszedł szczęśliwy.


Tu mogłabym zakończyć relację z wizyty w Weronie w trzydziestą rocznicę mojego romansu z tym miastem, ale mam pewien problem, z którym nie do końca sobie radzę. Otóż trochę nie ogarniam tych blogów tematycznie. Brakuje mi Voyagera – jako bloga wyłącznie podróżniczo-wycieczkowego, ale wrzucenie wyjazdowych opowieści do Rutyny wydaje mi się sensowniejsze, niż doklejenie tego wątku do przepisów kulinarnych. Nie wiem, co z tym zrobić… Więc póki co opowiem wam jeszcze o Monte Veronese.

Niemal przy samej bramie na Ponte Pietra mieści się maleńka Salumeria Gironda. Miejsce, w którym kupicie rewelacyjne lokalne sery. A jeśli weźmiecie do nich trochę fenomenalnych salumi, ze dwie bułki i butelkę wina, to możecie zjeść lunch na patio z takim oto widokiem:

Przeżyliśmy chwilę grozy, bo mimo odpowiedniej godziny – drzwi były zamknięte! Przed nimi czekało kilku lokalsów, więc uznaliśmy, że właściciel wyszedł na kawę lub po papierosy i zaraz wróci. I faktycznie, po kilku minutach, pojawił się bez zbędnego pośpiechu.

Mieliśmy przed sobą nocleg w Oekotel, więc zrobiliśmy szybkie zakupy pod kątem kolacji, bardzo żałując, że w naszym obecnym samochodzie nie mieści się normalna lodówka turystyczna…

Nie, nie będę ZNOWU pisać o Grand Voyagerze.


Werona nigdy nie jest bez sensu. Ani Corte San Mattia. Być może tym razem wszystko dostroiło się do naszych wielomiesięcznych emocjonalnych zmagań z rzeczywistością.

Ale już wiem, że tam wrócę. Dwudziesty szósty raz. Z Key. Żeby napisać wreszcie tę książkę.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.