Wakacyjne zakupy 2021…

…czyli na co Jo wydaje we Włoszech pieniądze…

Kiedyś musiałam dojść do tego tematu i właśnie dzisiaj jest ten dzień. Bo nie czarujmy się: nie ma takiej opcji, żeby na wakacjach niczego nie kupić. Najczęściej tym czymś jest jedzenie, bo odkąd przestaliśmy przywozić do Polski pół samochodu wina, oliwy, serów, wędlin i słodyczy, nadrabiamy konsumpcją na miejscu. A konsumować jest co, bo przecież JESTEŚMY W ITALII!!!

Poza tym ja gotuję. Na wakacjach. Więc potrzebuję tego samego, co w domu. Tyle, że we Włoszech mogę kupić pancettę zamiast boczku, małe cukinie w miejsce tych naszych powyrastanych i bakłażany, jakie u nas spotkam tylko na snobistycznie drogich biobazarkach. No to rzucam się na stragany i półki sklepowe, a potem stoję przy garach. Z prawdziwą wakacyjną przyjemnością.

Mój szwagier zawsze dba o zaopatrzenie w odpowiednie wina, sery i wędliny. Ale i my nie jesteśmy od macochy i swoje dodajemy do domowej lodówki. W rezultacie mamy listę ulubionych sklepów, do których odbywamy pielgrzymki podczas każdego pobytu u Key.

Głównym miejscem naszych zakupów jest od zawsze „sklep z ptaszkiem” w Rivoli, czyli zwykły Auchan, w którym uzupełnialiśmy corocznie zapasy włoskiej Nutelli, kawy Lavazza i ciasteczek Pan di Stelle. Albo słoików Quattro Stagioni, różnie bywało. Ten Auchan był jedną z monet przekupnych dla Jakuba, więc kiedy okazało się, że nie ma już Disney Store, natychmiast zaplanowaliśmy na następny dzień zakupy w sklepie z ptaszkiem.

Byliśmy bardzo z siebie zadowoleni. Aż do następnego poranka, a dokładniej do chwili, kiedy wjechaliśmy na parking przed dawnym Auchan. Bo jak się właśnie domyślacie: Auchana nie było. Key zapomniała nam powiedzieć, że po pandemicznych lockdownach sieć wycofała się z Włoch.

Jeśli chcecie zapytać, co na to siedzący w samochodzie Jakub, to lepiej tego nie róbcie. Powiem jedynie, że wszyscy byliśmy bardzo dzielni. Jednak na wszelki wypadek zadzwoniłam do siostry z pytaniem, czy jeszcze coś zlikwidowano przez te trzy lata od ostatniej naszej wizyty, a potem kurcgalopem pojechaliśmy na lody do Bramante.

Przy kolacji z drżeniem serca słuchaliśmy jak Ste dzwoni do Dogali, żeby zarezerwować stolik na trzydziestego września, ale najwyraźniej Opatrzność uznała, że wystarczy tych prób naszej wytrzymałości i postanowiła nam nieco odpuścić. Restauracja była czynna.

Dogali jest dla nas miejscem niemal symbolicznym i zawsze, przy każdej wizycie u Key, jedziemy tam wszyscy na kolację. Mają świetną pizzę i dania z ryb, więc wyjątkowo nie zaliczamy problemów z menu i wszyscy są zadowoleni a o to przecież chodzi. Zatem w dwudziestą pierwszą rocznicę ślubu zamiast pojechać do Casa Martini, zwiedziliśmy królewską rezydencję w Venarii, a potem pojechaliśmy na pizzę. Ku zadowoleniu czwórki naszych dzieci. Oraz Miśka Eweliny.

Jak widać na załączonym obrazku: COVIDowa przerwa we wspólnie spędzanym czasie nie wpłynęła na relacje między towarzystwem… I oni tak CAŁY CZAS, proszę państwa, dawali czadu… Może poza Miśkiem…

Ale lecimy dalej, bo przecież były celebracje, przy których ta nasza rocznica ślubu to naprawdę nie zasługujący na wzmiankę drobiazg.

Trzydzieści lat temu moja siostra wyjechała na wakacje do Włoch. Również trzydzieści lat temu ja pierwszy raz postawiłam nogę na włoskiej ziemi, odwiedzając Key.
To była moja dwudziesta piąta wizyta w Italii. Oraz osiemnasta moich synów i męża, którzy obchodzili dwudziestolecie swoich włoskich podróży. Moja siostra właśnie zdobyła uprawnienia państwowego nauczyciela. Eve miała to bierzmowanie. Wisiały nam zaległe komunie Eve i Nicholasa, których nie mogliśmy wspólnie świętować ze względu na pandemię oraz ukończenie przez moich synów edukacji, co jak wiecie było ogromnym sukcesem.

WIECIE, PRAWDA???

Więc sama pizza była jednak za skromna. Dlatego Key zamówiła jubilerski tort u Castagni. Ostatni raz ten tort Guido robił dwa lata temu. I ja wam powiem, że całe szczęście, że nie mieszkam w Giaveno, bo bym puściła z dymem wszystkie pieniądze jakie mamy. A nawet te, których nie mamy. Ponieważ Guido nie jest zwykłym czekoladnikiem. A jego torty, to nie są jakieś tam torty. To jest Mistrzostwo Najwyższej Klasy. I sami sobie zobaczcie.

Ja wam mogę pokazać jedynie pudełko pralinek, bo tort został pożarty zanim ktoś zdążył pomyśleć o sięgnięciu po trzymanego w kieszeni przy dupie smartfona.

No ok, przepraszam za te ślady zębów, ale nie mogłam się powstrzymać.

Jednak nie samym pistacjowym tortem Guido Castagna człowiek żyje, więc innego dnia daliśmy się zainspirować Angeli. A dokładniej jej uwadze na temat najlepszych cannoli siciliani ever, które można kupić w takiej jednej cukierni migliore del mondo koło stacji kolejowej w Aviglianie. A że mój mąż nie ma zwyczaju wierzyć na słowo, no to co ja tu będę mówić… Trzeba było pojechać i sprawdzić. Organoleptycznie.

I ja bym jednak was prosiła o całkowity brak refleksji nad tym, ile nas te wakacje kosztowały, ok? Dziękuję.

Obsypany nagrodami Alessandro Dalmasso jest kolejnym Mistrzem, którego spotkaliśmy na tegorocznej wakacyjnej drodze do absolutnego szczęścia. Boskie pralinki. Cannoli nadziewane ricottowym kremem dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta. Nie, nie będę się katować tymi wspomnieniami…

To ja może o rzeźniku z Giaveno? W zasadzie miałam tego rzeźnika zostawić do książki… No i tym razem sól kupiliśmy w jakimś Carrefourze… To może wyskoczymy na szybkie lody do Sangano…

Sangano jest kolejną borgatą w okolicy. Nie ma tam nic ciekawego, poza marketem CRAI, w którym zawsze kupujemy balsamico i MP oraz Gelandro.

Do Gelandro jeździmy na szybkie lody. Dopóki mieliśmy Grand Voyagera i mieściliśmy się całym kompletem – jeździliśmy na te lody z moimi siostrzeńcami, którzy za każdym razem podpuszczali mnie, żebym zamawiała po włosku, chociaż mogli to zrobić sami. Zwłaszcza Niki. No. Takie te nasze dzieci są…

Lody w Gelandro są warte uwagi i jeździmy na przemian do nich i do Bramante. Jak widać nasze wakacje bywają bardzo wyczerpujące…

Ach, BB mi podpowiada, że zapomniałam o IKEA. No OK. To prawda. Pojechaliśmy do Turynu po poduszki. Takie zwykłe. Włoskie. 50×80 chyba. W Polsce takich nie ma, trzeba robić na zamówienie, a mi się nie chce szukać kogoś, kto by mi je uszył. To wolałam kupić w Turynie.

Zresztą BB też bez skazy nie jest, bo zaraz drugiego dnia przy kolacji przypomniał sobie, że ma być premiera jednego zestawu lego. I że on nie może zaczekać do powrotu do Polski i musi znaleźć sklep firmowy na miejscu. Zafundował nam w ten sposób wycieczkę do Le Gru (Centro Commerciale Shopville Le Gru – wybaczcie, ale tego to już nie będę linkować), w którym jedynie dzięki GPSowi odnaleźliśmy wspomniany sklep. Tyle tylko, że pożądanego przez BlueBoya zestawu nie mogli mu sprzedać, bo do premiery zostały dwa dni.

Tak tylko dla porządku dodam, że dwa dni później ponownie dygaliśmy do Turynu, znaczy do Grugliasco. I jedynym, co mnie w tym wszystkim trzyma w pionie było totalne zaskoczenie, bo BB sam, bez pomocy, dogadał się po angielsku ze sprzedawcą. Nie wiem, co mnie najbardziej zaskoczyło: że BB, czy że włoski sprzedawca… Chociaż przez te trzydzieści lat naprawdę zmiana w posługiwaniu się przez Włochów angielskim jest epokowa.

Oczywiście zaliczyliśmy wreszcie jakiś supermarket, tyle że nie po kawę czy wino, a po ciastka, sól i tuńczyka. Z tym tuńczykiem też wiąże się rodzinna historia, bo przez lata tradycyjnie przywoziłam bratu z wakacji półkilową (a zdarzyło się raz, że kilogramową!!!) puszkę tuńczyka Rio Mare, którą on pieszczotliwie nazywał „miną przeciwpiechotną”. Cóż – czasy się zmieniły, relacje również i tym razem tuńczyka przywiozłam dla nas, co Key skomentowała wznosząc oczy do nieba: „Nie mogłaś się powstrzymać? WIEDZIAŁAM.”

We Włoszech można też kupić orzeszki Oetkera w zassanej folii zapakowanej do małego zielonego kartonika – takiej, jak pół wieku temu kupowało się u nas w Pewexach, i my z siostrą, jak dostałyśmy od Babci Heleny po pięć dolarów na Wielkanoc, to nie dość że poleciałyśmy sobie te orzeszki kupić zanim nam ojciec odbierze kasę (bo zawsze odbierał „do depozytu” aż się Babcia potwornie wkurzyła i zrobiła mu awanturę), to na dodatek wrzuciłyśmy je do koszyczka ze święconką, w myśl zasady: „Co poświęcone – można jeść.” i potem wydłubywałyśmy je spomiędzy wiklinowej plecionki. Ech, wspomnienia…

No i IceTea Instant, bez której BB nie wyobraża sobie lata. Też została kupiona na przyszły rok. Tak na wypadek. Bo w przyszłym roku raczej nie pojedziemy latem do Itali…

Ja bym jednak wspomniała tu jeszcze o winie. Chociaż tym razem nie kupowaliśmy wina, bo Ste zrobił zakupy przed naszym przyjazdem. I niestety zrobił te zakupy w Treviso… Znaczy niestety wyłącznie ze względu na niemożność uzupełnienia od ręki naszych domowych zapasów, bo w Prosecco D.O.C. Treviso Extra Dry zakochałam się bezwzględnie i

być może skłonna bym była porzucić dla niego MP

Szkoda jedynie, że z pięciu euro, jakie Ste zapłacił w sklepie przy winnicy, w polskich sklepach zrobiło się sześćdziesiąt złotych… A mówiłam, że Grand Voyager rozwiązuje wiele różnych problemów…

Całe szczęście, że Ste przywiózł również trochę Notte Rossa z Puglii, a jeszcze większe, że po powrocie zajrzeliśmy do naszego lokalnego Auchan akurat podczas festiwalu wina i zobaczyliśmy właśnie to:

Powoli kończymy wątek piemonckich zakupów. Ale nie martwcie się – mam w zanadrzu zdumiewający zwrot akcji prosto z Werony! Zatem pozostańmy w kontakcie…

A PRESTO!

PS.

Wszystkie loga są jednocześnie linkami do stron firm, o których wspominam, więc jeśli chcecie obejrzeć pralinki Alessandro, torty Guido czy wpaść na kolację do Dogali – wystarczy w nie kliknąć.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.