Wakacje 2021, czyli o podróży w czasach pandemii.

Kończymy temat tegorocznych wakacji, więc zrobimy podsumowanie obu wyjazdów: tego włoskiego i wcześniejszego, do Holandii, którego opis gdzieś zaginął przy blogowych przeprowadzkach…

COVID19 skutecznie uziemił nas w domu na półtora roku. Dla moich synów – od urodzenia jeżdżących na wakacje do Włoch, było to bardzo trudne półtora roku. Dla nas też. Dlatego jak już się zaszczepiliśmy i odczekaliśmy te przepisowe dwa tygodnie, uzbrojeni w paszporty COVIDowe ruszyliśmy w drogę.

HOLANDIA

Wbrew wcześniejszym doniesieniom o utrudnieniach po drodze, nikt nas nigdzie nie zatrzymywał ani nie sprawdzał. Na miejscu w hotelu, restauracjach, sklepach i kościołach praktycznie nie było śladu pandemicznej histerii. Dasia mówiła, że Holendrzy po tych wszystkich lockdownach pragnęli powrotu do normalności i to było widać.

AUSTRIA

W hotelu po drodze wymagano okazania paszportu COVIDowego. Po jego okazaniu mogliśmy chodzić wewnątrz bez maseczek. Ale: jadąc na wakacje dotarliśmy na miejsce bardzo późno i braliśmy klucz z BOXu, więc nie było nikogo, kto by nam ten dokument sprawdził. Wracając do Polski zostaliśmy poproszeni o okazanie paszportu przy rejestracji, ale na zasadzie „To proszę później przynieść i pokazać”, a nie, że bez okazania nie wejdziemy.

Na granicy włosko-austriackiej był zjazd i pan w mundurze według uznania zatrzymywał do kontroli, albo machał, żeby sobie jechać dalej. Nam machnął.

WŁOCHY

Przed wyjazdem do Italii musieliśmy wypełnić formularz podróżny z całą masą bezsensownych pytań, którym potem pies z kulawą nogą się nie zainteresował.

W hotelu nikt nas nie pytał o zaświadczenia, ale raczej egzekwowano noszenie maseczek na całym terenie wspólnym, również na zewnątrz. Pokój był odkażony i zalecano otwieranie okien przed wymeldowaniem się.

W restauracjach obsługa nosiła maseczki, ale reszta stanowiła pełną dowolność. Na przykład w Dogali nikt nie pytał o green pass, ani nawet o maseczki (a byliśmy ośmioosobową grupą), do Gelandro czy La Romana wchodziło się wyłącznie w maseczce, Bramante ustawiło przed wejściem automat z numerkami i wyświetlało który może aktualnie wejść do sklepu, a w weroneskim McDonalds przed wejściem stał potężny bramkarz sprawdzający green pass, temperaturę i naklejający zielone kółko na ubraniu, jeśli po tej kontroli chciałeś zjeść w środku.

W sklepach obowiązywały maseczki oraz pomiar temperatury. Nie weszło się na halę, jeśli skaner wykazał podwyższoną. Po prostu nie otwierał bramki.

Zwiedzanie jakichkolwiek muzeów wiązało się z okazaniem paszportu COVIDowego i zmierzeniem temperatury, oddaniem bagażu do przechowalni, zdezynfekowaniem rąk przed wejściem do obiektu, a w nawet okazaniem ID (bo jak się później dowiedziałam od Ste – wykryto podziemie wydające fałszywe certyfikaty szczepień). Na miejscu zwiedzający raczej stosowali się do wymogów i jedynie sporadycznie, do zdjęć, ktoś tam zdejmował maseczkę, a potem karnie zakładał ją z powrotem.

Tym, co nowe, były termometry w każdym domu, położone przy drzwiach, bo przed wyjściem trzeba było rano zmierzyć dzieciom temperaturę. Żeby potem nie wracać spod szkoły.

I z jednej strony dość konsekwetnie (jednak, mimo wszystko, zwłaszcza w porównaniu z Polską) przestrzegane zasady oraz spora wyszczepialność, a z drugiej: tłumy na Via Mazzini, które pokazywałam wam we wpisie o Weronie. Chociaż na te tłumy składały się głównie grupy wycieczkowe, więc sama już nie wiem…

Do Holandii zabraliśmy papierowe wydruki, ale że zajmowały mi dużo miejsca w torebce (pamiętajcie, że ja targam ze sobą czteroosobowy komplecik dokumentów, te green passy, dowody osobiste, legitymacje specjalne chłopaków, rezerwacje, wydrukowane ubezpieczenia i dokumenty podróżne), więc na drugi wyjazd zafundowałam nam paszporty w postaci plastikowych kart. I bardzo je polecam. Idealnie mieszczą się w portfelu, zawsze można mieć je przy sobie i nie niszczą się, jak papier. Zamówienie ich jest bardzo proste: wpisuje się w odpowiednie rubryczki imię, nazwisko i pesel oraz klika potwierdzenie, że jest się zaczepionym. Resztę informacji firma wyrabiająca kartę pobiera z państwowego systemu.

I to tyle. Pojechaliśmy. Wróciliśmy. Cali. Zdrowi. Z całkiem sporą dawką odkryć w miejscach, o których myśleliśmy, że niczego nowego w nich nie znajdziemy. Musieliśmy zmienić wszystkie plany, stawić czoła frustracji Jakuba w polockdownowej włoskiej rzeczywistości. Raz jeszcze daliśmy radę. I wróciliśmy do domu z nowymi perspektywami i pomysłami na kolejne, nie tylko włoskie wakacje.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.