Van Gogh Multi-Sensory Exhibition

Jeśli szukasz wystawy, na którą można pójść bez towarzystwa – koniecznie wybierz się na Van Gogha!

Tu towarzystwo jest zbędne. A nawet niepożądane. Będzie jedynie przeszkadzać.

Po wielkim zachwycie Van Gogh Alive, ostrożnie podchodziliśmy do nowej ekspozycji Vincenta, która właśnie na krótko zawitała w Warszawie. Wcisnęliśmy ją w grafik trochę na siłę i pierwsze chwile po wejściu do sali EXPO zdawały się potwierdzać starą maksymę o odgrzewanych kotletach. Do czasu…

Duża, ciemna sala z pokrytymi ekranami ścianami, na których wyświetlane były z rzutników dobrze nam znane obrazy. Momentami zbyt głośna muzyka. Jakieś dzieci ze szkolnej wycieczki nieustannie biegające między porozstawianymi tu i ówdzie pufami do siedzenia. Nie wiedziałam, jak długo Kuba to wytrzyma, bo on jest jednak przyzwyczajony do zwiedzania sali za salą, czytania opisów i robienia zdjęć, zatem na szybko strzeliłam kilka fot do dokumentacji i przysiadłam z chłopakami na dość niewygodnym taborecie. Z konieczności zastygłam w nieruchomym znudzeniu, patrząc na zmieniające się obrazy…

Jakiś kwadrans później spostrzegłam, że czarne sylwetki zwiedzających stały się elementem oglądanej prezentacji, muzyka idealnie dopełniała przestrzeń wypełnioną obrazami, a czytane przez lektora fragmenty listów Vincenta do jego brata Theo, dodawały całości dramatyzmu. Sama nie wiem kiedy znalazłam się w centrum przedziwnego wydarzenia, będącego połączeniem piękna i rozdzierającego dramatu, sentymentalnej radości i zwyciężającego walkę z nią smutku, niedocenianego geniuszu i narastającego szaleństwa.

Kuba odpłynął… Chłonął ten pokaz całym sobą i nie było sposobu, żeby go nakłonić do wyjścia. Obejrzeliśmy cały pokaz dwukrotnie i podejrzewam, że gdybyśmy nie musieli odebrać Madre z dworca – chętnie zostałby na kolejne dwie rundy. Ja zresztą też, bo było to niezwykle odprężające doświadczenie.


Nie ma cienia marketingowej przesady w określeniu multi-sensory, bo ta wystawa w przedziwny sposób działa na wiele zmysłów. Musimy tylko usiąść i pozwolić zmysłom wprowadzić się w (jak to ładnie nazwał BlueBoy, zaskakując nas nietypową dla niego kontestacją) świat Vincenta… Pozwolić działać magii…

Zatem jeśli macie wolną chwilę i chcielibyście oderwać się od szalonego pędu rzeczywistości – wrzućcie w grafik tę wystawę. Koniecznie.


Teraz BONUS. Pokażę wam wystawę oczami Jakuba.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.