Urlop wytchnieniowy

Właściwie nie bardzo wiem, jak oddać słowami to, co czuję. Bo urlop wytchnieniowy jest palącą potrzebą, nie jakimś extrasem, ALE…

Każdy był kiedyś zmęczony swoimi dziećmi. Nawet najbardziej kochający rodzice. Również ci, którzy spędzają dzień w pracy, podczas gdy ich pociechy bawią się w przedszkolu, uczą się w szkole, weekendują u dziadków albo wypoczywają na obozach czy koloniach.

To teraz wyobraźcie sobie rodziców dzieci o specjalnych potrzebach opiekuńczych i wychowawczych. Dzieci, które absorbują swoje matki i ojców na sto procent. Często do tego stopnia, że któreś z rodziców musi zrezygnować z pracy, żeby zaopiekować się dzieckiem. Bo owszem, są te szkoły i przedszkola, ale niepełnosprawne dzieci mają to do siebie, że często chorują i wtedy zostają w domu. Poza tym nikt nie zapewni im opieki w weekendy, święta, ferie i wakacje, więc domowa „dniówka” powiększa się o dodatkowe godziny.

Nasze dzieci nie wyprowadzą się pewnego dnia na studia, ani nie zaczną samodzielnego życia poza domem. To jest nasze dożywocie, okraszone nieuleczalnym lękiem, co się stanie kiedy umrzemy. Bo najczęściej rodzina nie pomaga, a bywa, że udaje, że nie ma żadnego problemu.

Ach, również często takim niesamodzielnym niepełnosprawnym dorosłym dzieckiem opiekuje się samotna matka, której życie skurczyło się do tego dziecka. I to jest dramat, bo oboje są na siebie skazani i nie na wyrost użyłam tego właśnie słowa.

Nie ma pieniędzy. Bo nie ma. Naprawdę za rentę niepełnosprawnego dziecka i zasiłek dla opiekuna rezygnującego z pracy zarobkowej trudno się utrzymać. I nawet tu nie wspomnę o konieczności płacenia za prywatną opiekę zdrowotną czy terapię, bo to dla wielu takich rodzin są bajki niewyśnione. Zdrowia nie ma. Bo po latach wysiada psychika, kręgosłup, dochodzą choroby autoimmunologiczne i te, przychodzące z wiekiem. Nie da rady zadbać o siebie, bo jak z dorosłym niepełnosprawnym dzieckiem, które nie zostanie samo w domu, iść dajmy na to do ginekologa? Albo i nawet do dentysty…

No i te domy dziennego pobytu, nazywane czasem Środowiskowymi Domami Samopomocy. Tak z naszej działki, czyli dumnego projektu ośrodków terapii zajęciowej dla autystów, co to miały się sypać z rękawa szczodrej władzy, a nie powstał ani jeden. Dawałyby rodzicom chwilę na tego lekarza czy spokojne zrobienie zakupów, albo i przysłowiowe pogapienie się w ciszy na ścianę, a dorosłym dzieciom, które pokończyły wszystkie dostępne dla nich szkoły i wypadły z systemu stając się dla państwa niewidzialne, możliwość spędzenia kreatywnie, ciekawie, inspirująco czasu poza domem i kontaktu z innymi ludźmi. No tylko, że ich nie ma. Tych ośrodków. Więc teraz wymyślono urlopy wytchnieniowe. I super. Tyle tylko, że jest ALE.

Po pierwsze: kto miałby przejąć opiekę, skoro brakuje odpowiednich placówek i wykwalifikowanej kadry? No bo placówek nie ma, a kadry chyba też nie, bo dla większości niepełnosprawnych Asystent pozostaje poza jakimkolwiek zasięgiem?

Po drugie: nasze dzieci to nie pies, któremu z grubsza wszystko jedno, kto go wyprowadzi na spacer. I może warto by wreszcie to sobie uświadomić, że nie każdego opiekuna zaakceptują. Przerabialiśmy ten temat kilka razy. Nie było miło. Tymczasem wszyscy zakładają, że jak się gdzieś tego niepełnosprawnego podrzuci, czy tam do niego przyjedzie pani Hela, to wszyscy będą państwo po nogach całować z wdzięczności. Tymczasem pani Hela może mieć przerąbane, bo się podopiecznemu nie spodoba, podopieczny będzie szaleć, bo mu nie będzie pasować taka zmiana, matka u dentysty będzie dostawać ostrego napadu nerwicy, bo wie, jak wygląda sytuacja w domu. Czy tam ośrodku. Chociaż w ośrodku może być o tyle lepiej, że z pomocą przyjdzie pan Zbyszek, którego może nasz beneficjent zaakceptuje i problem się częściowo rozwiąże.

No ale urlop wytchnieniowy państwo dało…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.