Torcik lodowy

o tym, że czasami prezenty spadają z nieba 😉

W tamten piątek, kiedy Kuba był uprzejmy rozwalić sobie palec (dziękujemy za troskę – goi się powoli), po fryzjerze musieliśmy załatwić jeszcze dwie sprawy: odebrać z empiku zamówienie i kupić rurki z bitą śmietaną.

Ten empik załatwiam miesiąc przed Świętami, żeby potem mieć święty spokój i nie czekać nerwowo na kuriera oraz nie pchać się w pandemiczny tłum przy kasach. Metoda sprawdzona przez lata. Z serca polecam.

Rurki natomiast zamówiliśmy w naszej ulubionej lodziarni. Tej koło fryzjera, co to Piter trafił do niej totalnym przypadkiem, kiedy musiał jakoś zagospodarować Kubie czas. Bo my do fryzjera jeździmy kompletem i kiedy ja siedzę z kasztanami na włosach, a BlueBoy odbywa pielgrzymkę po starych śmieciach (czyli Kabatach, gdzie spędził większość swojego życia), Piter musi coś zrobić z Kubą. Najczęściej chodzą do empiku albo jadą do Beczki Wina, ale tamtego razu poszli na spacer po najbliższej okolicy i odkryli nową lodziarnię.

Ale jaką…

Potem kiedyś wracając z Łodzi na oparach cierpliwości będącej obietnicą, że „Dobrze, Kuba, nie poszliśmy po obiedzie na lody, ale zajrzymy do lodziarni na Kabatach, ok?” odbiliśmy się od drzwi jednej takiej, w której Panicze bywali rowerami ze swoim kuzynem Michałem, ale zanim spadły na nas plagi egipskie – Piter przypomniał sobie o Ice Cream Family. I jak tam pojechaliśmy, tak zostaliśmy na amen. Żadne inne lody po tej stronie Alp już nas nie kręcą.

O smakach w ICF mogłabym godzinami… Tam jest wszystko. Oczywiście ja osobiście lecę na śmietankę i wanilię, ale spektrum mamy sezonowo od arbuza po piernik, po drodze z różnymi wariantami owocowymi, czekoladowymi i przeróżnego rodzaju orzechowymi. Ale to nie koniec, bo jest to jedyne miejsce poza Pijalniami Czekolady Wedla, w którym zamawiam gorącą czekoladę. Ja – czekoladowa alergiczka! I jedyne, w którym kupuję rurki z bitą śmietaną. A na rurkach, to ja się proszę państwa znam na poziomie profesorskim. Trenowałam od pierwszych lat życia. No i pączki. Zasadniczo pączki kupujemy albo u Zagoździńskich na Górczewskiej, albo w Cukierni Pawłowicz na Chmielnej. I coś mi się wydaje, że mają teraz bardzo poważną konkurencję… Tym poważniejszą, że znacznie bliżej. Można powiedzieć: wręcz po drodze. I to się niestety przełoży na kilogramy…

Ale wracając do tortu: mąż zamówił mi w Ice Cream Family tort lodowy na urodziny. Był BOSKI! Śmietanka z karmelem, czekolada, kajmak, cholera wie co jeszcze, w każdym razie jak to piszę, to się ślinię na klawiaturę, więc może sięgnę po ilustrację.

Wiem, zdjęcie nieostre. Też by wam rączka drgnęła. Zapewniam.

No i byliśmy tym tortem tak zachwyceni, że Piter postanowił go powtórzyć na moje imieniny w maju. Odpowiednio wcześniej złożył zamówienie przekupując BlueBoya, żeby pary z ust nie puścił i…

… okazało się, że tortu nie ma…

Bo w pośpiechu Pan Lodowy nie zapisał i zwyczajnie o nim zapomniał.

Podeszliśmy do problemu z filozoficznym spokojem, o który bym nas nie podejrzewała. I chociaż nasz Lodowy Maestro deklarował, że w dwie godziny ten tort nam machnie, przełożyliśmy zamówienie na Dzień Matki, czyli dwa dni później.

Od tej pory bardzo się wzajemnie lubimy. Nie wiem, czy tak bardzo, jak my ich lody 😛 ale jakoś podobnie. I kiedy w dniu 105 urodzin mojej nieżyjącej już Babci Hali (z Andrzejewskich) pojechaliśmy po fryzjerze i empiku, z Kuby rozwalonym palcem, po rurki z bitą śmietaną, i tradycyjnie zaprowiantowani w lody już wychodziliśmy, Pan Lodowy powiedział: „Proszę chwilkę zaczekać!”. I wręczył nam ten piękny tort, będący Czekoladowym Marzeniem.

I powiedzcie sami – jak ich nie kochać?!?!

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.