Szkoła dla… BlueBoya?

Myślę, że jestem bardzo kreatywna w szukaniu rozwiązań.

Bardzo chciałam znaleźć jakąś szkołę policealną dla BB. Najfajniej by było, żeby to była szkoła ucząca jakiegoś konkretnego zawodu. Nie żebym miała nadzieje na życiową samodzielność mojego młodszego syna, ale bo to wiadomo? Nam się przydarzają takie historie, że już nie wiem, co jest możliwe, a co nie…

Kiedy trzy lata temu szukaliśmy szkoły pogimnazjalnej, jedną z ofert, które nas zainteresowały, był zespół szkół fotograficznych. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo BB nie dałby rady sam dojeżdżać na drugi koniec miasta. Pamiętajcie, że kiedy kończył gimnazjum, ogromnym wyzwaniem było dla niego samodzielne przemieszczanie się po mieście publicznym transportem, co miało ogromny wpływ na nasze poszukiwania szkoły: do liceum woził go Piter, a BB sam jedynie wracał.

Teraz ten sam zespół szkół pojawił nam się w kategorii: szkoły policealne. I chociaż okazało się, że to jednak nie szkoła policealna, tylko dwuletni kurs zawodowy, nie dający legitymacji szkolnej i statusu ucznia, to BB zdążył wyrazić ostrożne zainteresowanie tematem i niechętnie myślałam o wycofaniu się z tego pomysłu. COŚ GO ZAINTERESOWAŁO! Poza tym załatwiliśmy odwołanie od orzeczenia i ZUS, więc status ucznia nie był już dla nas tak istotny.

Złożyliśmy dokumenty, odbyliśmy słynną wizytę u lekarza medycyny pracy (tej, podczas której lekarz wyrzucił mnie z gabinetu, a my – będąc w trakcie odwołania od idiotycznego orzeczenia o nie-niepełnosprawności, nie mogliśmy go zdzielić po łbie legitymacją ON), BB został przyjęty. Pozostał jeden szczegół:

Nie byłam pewna, czy on sobie w tej szkole poradzi.

Jak mówią: potrzeba matką wynalazków, więc po paru kolejnych nieprzespanych nocach wymyśliłam genialne rozwiązanie!

Fotografia, tak?

No fotografia, bo do niej nie jest potrzebna wysoko rozwinięta sprawność komunikacji werbalnej. A kto w tym domu od dawna pasjonuje się fotografią, hmmm? Kto narzeka, że nie ma czasu na rozwijanie hobby? Komu brakuje warsztatu? Kto nie potrafi zrobić mi porządnych zdjęć na bloga kulinarnego? I cierpi, bo warsztaty fotograficzne są dość kosztowne?

NO PRZECIEŻ PITER, PRAWDA???

Więc najlepiej by było, gdyby Piter zapisał się na ten kurs wraz z BlueBoyem!

Nie dość, że mógłby rozwijać swoje umiejętności i poświęcać czas hobby, to wspierałby syna. A po złożeniu egzaminów zawodowych, miałby uprawnienia do wykonywania zawodu fotografa, co może się kiedyś przydać… Na przykład jeśli w poszukiwaniu lepszego życia dla naszych dzieci postanowimy wyemigrować do Szkocji. Czy tam jakiejś Hiszpanii.

No przecież to jest genialne rozwiązanie! A po czterech semestrach można kontynuować naukę na trzysemestralnym kursie dodatkowym i już mamy trzy i pół roku konkretnego zajęcia edukacyjnego!

Nie, nie było łatwo przekonać Pitera do tej koncepcji. To eufemizm oczywiście. Namyślał się chyba z miesiąc. I ja go nawet rozumiem, bo to są dwa weekendy w miesiącu, przez kilka lat, a mój mąż zmierza do życiowego etapu „dajcie mi święty spokój”. W końcu się zgodził.

W zamian obiecałam, że ani słowem nie odezwę się na temat domu na wsi. Tego, którego nie mam. Ale to już zupełnie inna historia…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.