Souszalmidiowa wtopa

Mam od dwóch dni pewien problem, takiego przysłowiowego kamyka w bucie i obawiam się, że muszę o nim napisać. Przeżyjecie.

Foto-relację o robieniu kanapek wrzuciłam na bloga (i za nim na FB) wyłącznie z dwóch powodów. PO PIERWSZE dlatego, że opowiadam, jak wygląda nasze wypełnione Rutyną i Chaosem życie. I tak jak w przypadku WOŚP czy gotowania bolognese w ilościach przekraczających moje wyobrażenie, chciałam podzielić się z wami satysfakcją, że udało mi się zaangażować paniczów do czegoś pożytecznego. Że tam ja i Piter musimy przy okazji pozmieniać swoje plany, to pal sześć, nie do takich „poświęceń” przywykliśmy. Spoko. Ale zainteresowanie chłopaków czymś na zewnątrz ich precyzyjnie poukładanego świata jest ogromnym wyzwaniem i jeśli się uda – wielkim i satysfakcjonującym sukcesem. Więc jak mi się to udaje, to odczuwam przeogromną potrzebę pochwalenia się moimi ponadprzeciętnymi zdolnościami pedagogicznymi i to robię.

I jeżeli spada na nas tsunami pochwał, to ja się czuję… powiedzmy… niezręcznie. Bo naprawdę nie zrobiliśmy niczego wielkiego. Po prostu poświęciliśmy trochę czasu na zrobienie kanapek, zamiast dajmy na to na posprzątanie wreszcie pomieszczenia gospodarczego, żeby móc zanieść do niego skrzynki narzędziowe Pitera i tym samym zrobić miejsce na mansardzie dla gości, bo za chwilę będą Święta i muszę odgruzować pokój dla czterech osób. I to naprawdę nie jest żaden wyczyn, bo umówmy się: kanapki potrafi robić każdy. Pakować je w woreczki też. No ok – potem przydałoby się prawo jazdy, żeby to wszystko zawieźć na drugi koniec miasta, bo autobusem z przesiadkami było by to trochę upierdliwe, ale ostatecznie nie niewykonalne.

Poza tym nie jestem tak do końca krystalicznie anielska, bo miałam POWÓD DRUGI, podstępny ogromnie. I już się do niego przyznaję.

Otóż pomyślałam sobie, że może ta moja relacja sprawi, że ktoś pomyśli: „O kurde, przecież ja też mogę coś tam podrzucić!”. I podrzuci. Albo jak już KANZEON. Homemade sandwich manufacturer. uruchomi możliwość wsparcia finansowego, a ja to udostępnię, to jakiś grosz podeśle na te bułki i pasztet. Albo kliknie w link do Fundacji (to ten owalny przycisk z odsyłaczem), poczyta co oni tam wyprawiają i posprząta szafę z nieużywanych ubrań, na które ktoś tam bardzo czeka. Więc ja tak do końca nie jestem bezinteresowna, bo trochę dźgam te wasze uczucia do bliźniego… Zresztą prawdę mówiąc sama zostałam tak dźgnięta, bo po kolejnych zdjęciach Doroty z wydawania gorącej zupy zimą w parku pomyślałam, że jednak nie, no nie mogę tak sobie tych zdjęć tylko oglądać – przecież musi być coś, co mogę zrobić!

Więc jak mi piszecie, że jesteśmy super, to ja wam powiem, że też możecie być super. Słowo. I że to wcale nie jest takie trudne.

Kocham was.

Jo.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.