Psychiatra

Problemy ze spaniem weszły u mnie na poziom zagrażający życiu.

Wiem, że Tatui zaraz coś powie o wyolbrzymianiu problemu, albo zaproponuje wizytę u psychiatry, ale prawda jest taka, że nikt po dwóch latach niespania nie funkcjonuje prawidłowo. A do psychiatry za moment wrócimy.

Jestem dość trudną pacjentką, o czym prędzej czy później przekonali się wszyscy moi lekarze. Nie ze względu na charakter, a raczej specyfikę. Bo trudno mnie zdiagnozować, mój organizm reaguje niekonwencjonalnie na konwencjonalne metody leczenia, często nie da się mnie leczyć lekami standardowo stosowanymi w danej chorobie i w ogóle jest dość ciekawie. Do tego stopnia, że jedna pani doktor najchętniej trzymałaby mnie w gablotce jako okaz pokazowy dla studentów.

No i mamy taką sytuację, że w nocy rozwala mnie arytmia, duszę się, ciśnienie mam pod sufitem i umieram, w rezultacie nie śpię. Tak od ponad dwóch lat. W dzień wszystko jest mniej więcej OK. W nocy pełen koszmar i panika.

Porobili mi wszystkie możliwe badania. Chyba jedynie poza autopsją. Nic.

Parametry mam z grubsza w normie. Poza tymi, które od normy odbiegają, ale te akurat podobno nie dają takiego obrazu. Doraźnie mam kupkę leków do zastosowania i oczywiście jak jest sytuacja, w której powinnam je stosować, jestem w takiej kondycji intelektualnej, że nie mogę sobie przypomnieć słowa „plaster”, więc co tu mówić o właściwym dawkowaniu i kolejności tych cholernych małych, białych tableteczek oraz notorycznie gubię kartkę z zaleceniami lekarza, więc sami rozumiecie, że jest zabawnie.

No i ostatnio mój kardiolog (ostatni, który nie przestał odbierać telefonów ode mnie udając, że wyemigrował do Nowej Zelandii) rozłożył ręce i ze smutkiem stwierdził, że kardiologicznie wyczerpał swoje możliwości i to wszystko wskazuje jednak na silną nerwicę (ach, ach – skądże u mnie nerwica???). Może mi wprawdzie przepisać Hydroxyzynę (która na mnie nie działa) albo Xanax (dziękuję, kiedyś brałam, dzień w którym go odstawiłam, był jednym z piękniejszych w moim życiu i to nie dlatego, że mogłam się wreszcie napić wina) ), ale nic poza tym. Więc jedynym wyjściem jest udanie się po pomoc do specjalisty.

– Do jakiego? – pytam, chociaż znam odpowiedź.
– No… do właściwego dla tego problemu… – pada powoli odpowiedź.
– Czyli? – ja bym to chciała usłyszeć od lekarza.
– Takiego, który zajmuje się takimi problemami…
– To znaczy? – robi się coraz zabawniej.
– No… obawiam się… że… do… psychiatry…

Z całym szacunkiem. Mam dwóch autystycznych synów i własne epizody depresyjne. Dla mnie psychiatra jest takim samym lekarzem, jak dentysta. Chociaż nie. Jednak dentysty boję się, a psychiatry nie, więc nie takim samym. Bardziej jak endokrynolog czy kardiolog. Nie podzielam popularnego w mojej rodzinie odsyłania do psychiatry w ramach obelgi. Więc nie jest dla mnie żadnym problemem uznanie, że w Klinice Leczenia Zaburzeń Snu ma się do czynienia ze specjalistami od psychiki.

Ale że LEKARZ może mieć problem z wymówieniem słowa PSYCHIATRA, to jednak mnie zaskoczyło…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.