Prawie jak wdzięczna sylfida…

Mam dwa sposoby na lepsze samopoczucie w nadwadze. Oba mocno wątpliwe i krótkotrwałe.

Pierwszym jest kupowanie w sklepie „dla puszystych” (ostatecznie wystarczy zwykły dział damski XXL). Zawsze łapię się na najmniejszy rozmiar, a w lepszych okresach to nawet nie, bo wszystko jest trochę zbyt obszerne. Chociaż zdarzają mi się potknięcia, bo co firma, to rozmiarówka i w krótkim czasie powrotu do emki zaliczyłam doła, bo w jednym sklepie nie dałam rady się wcisnąć w podwójną ikselkę. Nienawidzę ich do tej pory.

Drugim jest wizyta w Poradni Chorób Metabolicznych. Bo właśnie tam trafiłam jakieś trzy miesiące temu z moim absurdalnie wysokim (na lekach) cholesterolem i zaburzeniami pracy serca. Oraz podejrzeniem choroby genetycznej.

No i dzisiaj karnie stojąc w kolejce do badań krwi zauważyłam, że jestem najchudszą pacjentką, co wprawdzie niczego tu nie zmienia, bo umrzeć można na HeFH będąc totalnym chudzielcem, ale na moment poprawiło mi humor. Przynajmniej na tyle, że mimo wczesnej pory i nieprzespanej nocy prawidłowo podałam swoje imię i nazwiska w odpowiedniej kolejności i nie upierałam się, żeby do nich zaakceptowano dowód osobisty Jakuba, który noszę ze sobą zawsze na wszelki wypadek.

Szukam jakiejś odpowiedniej puenty, ale jedyna, jaka przychodzi mi na myśl jest chyba słaba. Bo brzmi:

ZAWSZE można w życiu znaleźć jakiś PLUS.

Chociaż osobiście wolałabym, żeby nie dotyczył rozmiaru ubrania…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.