Po nowemu…

Niby to nowe, to takie stare. Na dodatek ćwiczone przez ostatnie półtora roku. Ale jednak w koncepcji, że na długo, to w jakimś sensie nowe i wymaga nowego podejścia. Chociaż w zasadzie, to czy ono takie nowe, to podejście?

Tu będzie małe rozczarowanie, bo chodzi mi tak zwyczajnie o obiady. W domu. Nie o żadne cuda-wianki i rewolucje społeczno-techniczne.

Bo ja, proszę państwa, przez tyle lat gotowałam na zapas, mroziłam, a potem pakowałam obiady w termosy, że teraz – kiedy mi wszyscy w domu siedzą, czuję się nieco zagubiona.

Taka zupa, dajmy na to. Uczę się gotować w małym garnku. Cztery porcje. No góra sześć, jeśli wiem, że następnego dnia przydadzą mi się dla Paniczów, bo my będziemy jeść krewetki. Przez kilkanaście lat wstawiałam duży gar, a potem termosowe porcje zamrażałam, żeby rano Piter mógł każdemu spakować to, co trzeba. Bo na przykład Kuba nie tknął krupniku, ale cztery razy w tygodniu mógł wpierniczać żurek lub fasolkę po bretońsku, których z kolei BB nie wziąłby do pyska. Znaczy ust. Więc ja miałam zamrażarkę pełną gotowych zestawów obiadowych według gustów, które wieczorem wyjmowało się do rozmrożenia, a rano Piter podgrzewał i pakował do termosów. Bo ja rano często byłam nie do u-życia, więc panowie musieli mieć gotowce pod ręką.

A teraz rano gotuję zupę na obiad. Potem biorę się za dania na kolację. Bo my kolacje jemy na ciepło: pasta, tarta, zapiekanka. Od zawsze ta kolacja była czasem, kiedy wszyscy wracali wreszcie do domu i mogliśmy chwilę posiedzieć razem. A lepiej się siedzi przy parmigianie i kieliszku primitivo, niż przy kanapkach i herbacie. No tak już jest.

Gotowanie w większym garnku nie ma sensu, bo tu nikt mi nie zje tej samej zupy trzy razy w tygodniu (tak, poza wspomnianym żurkiem Jakuba), a ładowanie zapasów do zamrażarki jakoś przestało mnie bawić. Bo odkryłam pewną fiksację wyniesioną z dzieciństwa. Ale o niej opowiem następnym razem…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.