Plan zajęć

Czuję się nieco zagubiona. Ale chyba każdy by się czuł w sytuacji, kiedy po wielu latach życia w szkolnym trybie, nagle się z tego trybu wypada?

Szukam więc PLUSów. Tych nie-szkolnych. Czy też raczej wynikających z zakończenia szkoły.

Jeśli w tym miejscu ktoś chciałby mi zwrócić uwagę, że to raczej nie jest normalne, bo na ogół rodzice oddychają z ulgą po opuszczeniu przez ich latorośle szkolnych murów, to ja tylko dla porządku przypomnę, że u nas mało co jest normalne. Nawet pralka ma z dziesięć programów, zamiast: „normalny, pościel i delikatny”.

Zatem szukam tych PLUSów i oprócz oczywistego: że Piter nie musi nastawiać budzika na piątą trzydzieści, żeby wyprawić Kubę na wpół do siódmej do busa, a potem uwinąć się z psem i zakupami na tyle sprawnie, żeby podrzucany po drodze do pracy BB nie spóźnił się na lekcje, niespodziewanie zalewa mnie fala wdzięczności i być może nawet ostrożnego optymizmu.

Bo na przykład pierwszy raz od wieków nie toczymy bojów z transportem, czyli dowozem uczniów niepełnosprawnych do szkół. Tak się składa, że Kuba każdą szkołę miał na drugim końcu miasta i bez transportu z dzielnicy nie miałby szans do niej dojeżdżać. Swoją drogą dużo to mówi o „siatce szkół specjalnych dla autystów”, skoro w Warszawie są ze trzy na krzyż. I zawsze okazywało się, że mieszkamy najdalej, więc transport najpierw zabierał Kubę, a potem zbierał pozostałe dzieci, żeby wszystkie porozwozić po szkołach. Po południu było tak samo, tylko w odwrotnej kolejności, więc Jakub wysiadał z busa ostatni. Jak łatwo możecie sobie policzyć, spędzał w samochodzie trzy do czterech godzin dziennie, wstając przed szóstą i wracając do domu bardzo różnie, ale dość często po osiemnastej. Chyba, że transport zapomniał go odebrać ze szkoły, to wtedy później – po nerwach, telefonach i mocno stresujących autystę sytuacjach. Mój starszy syn musiał naprawdę kochać szkołę, bo znosił to spokojnie od siódmego roku życia i przez siedemnaście lat tylko kilka razy odmówił pójścia do szkoły, w sytuacjach o zupełnie innym podłożu.

Na dodatek raz z trudem wywalczony sensowny rozkład jazdy mógł ulec zmianie w każdej chwili. Wystarczyła kilkudniowa nieobecność i już okazywało się, że mama Oli baaardzo prosiła, żeby jej córkę odbierać/dowozić najpierw/później, bo Ola się nudzi na świetlicy/w samochodzie i sami rozumiemy, że Kuba musi wyjść z domu wcześniej/wrócić później, bo taka sytuacja… Na ogół nie rozumieliśmy, więc zabawa zaczynała się od nowa. Dość powiedzieć, że transport zeżarł nam mnóstwo zdrowia, ale nie mieliśmy wyjścia, bo bez niego Kuba w ogóle nie jeździłby do szkoły.

Drugim ABSOLUTNYM PLUSem jest brak szkolnego planu zajęć. Noż to to dopiero była masakra… Dla wstępu przypomnę, że jedną z cech autysty jest sztywność, uzależnienie od schematów i przywiązanie do przewidywalności. Zatem każda zmiana powinna być wprowadzana z wyprzedzeniem, wyczuciem i sporadycznie. Tymczasem zmiany planów lekcji przetaczały się przez nasze życie niczym seria tsunami przeplatana tornadami. W szkołach (z założenia) dla dzieci i młodzieży z autyzmem. Nie muszę wam chyba mówić, że wnosiło to w nasze życie niepożądane urozmaicenia – zwłaszcza, że szło z parze z tym transportowym cyrkiem. Z ośmiu szkół, w których uczyli się moi synowie: państwowych, prywatnych, rejonowych, integracyjnych i specjalnych – jedynie W JEDNEJ plan lekcji był ułożony przed rozpoczęciem nauki i ulegał drobnym zmianom niemal wyłącznie w przypadku chorób nauczycieli lub egzaminów.

Teraz układamy sobie własny Plan Lekcji. Mamy w nim (w wymiarze: raz w tygodniu): chłopaków tenis i rower, angielski, gitarę i łucznictwo BlueBoya, pianino Jakuba (szukam jeszcze jakichś zajęć, ale to temat na oddzielny wpis), szkołę fotograficzną BB i Pitera, włoski (to dość bolesna sprawa, więc może później, bo mnie jeszcze ta nerka nie przestała boleć), codzienne lekcje gotowania dla BB (i Kuby jeśli zechce) oraz powrót do seansów ekranizacji kanonu literatury (ja i BB). Poza tym mam na głowie normalne prowadzenie pensjonatu domu dla czterech osób, dwa blogi, książkę, której ostatnią wersję znowu wyrzuciłam do kosza, więc już nawet ja nie wierzę, że kiedyś powstanie, niemyślenie o domu na wsi Sami Wiecie Czym, doprowadzenie do porządku przydomowego ogródka, znalezienie kursu szycia dla początkujących i warsztatów szydełkowych (bo mnie wkurza to, że nie umiem), upakowanie jakoś w tym wszystkim lekarzy, głównie moich, ale bywa różnie. Bo istnieje niebezpieczeństwo, że jednak wysiądę na amen, a to oznacza wielowymiarową tragedię.

No i ćwiczenie palców, żeby jednak wreszcie trafić w któryś klawisz na pianinie.

PS.

Mój mąż wspomina coś o jakimś koncepcyjnym planie wod-kan. Że niby by potrzebował dla firmy budowlanej. W sensie zmieszczenia w bardzo małej łazience na wsi wszystkich potrzebnych sanitariatów.

Nie mam pojęcia, o co mu chodzi.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.