Orzechy

Zadzwonił Tatui z apelem o pomoc w pozbieraniu orzechów.

Bo się zmarnują.

Orzech – rzecz święta, więc chociaż zasnęłam o piątej i najchętniej w ogóle nie wychodziłabym dziś z łóżka – pojechaliśmy. W sumie dobrze mi ta gimnastyka zrobiła, więc nie ma tego złego…

Dziadek Lis – mój genetyczny protoplasta ogrodniczy, zawsze na każdej swojej działce najpierw sadził orzechowe drzewo. Zawsze. I ten orzech jest dla mnie symbolem, cholera wie czego w sumie, ale jest. Takie wiecie: druidzkie święte drzewo, powiedzmy. Więc jak ja słyszę, że gdzieś orzechy pójdą z liśćmi do worka na zielone śmieci, to z łoża śmierci wstanę i pogonię moich synów, żeby je wyzbierali!

Ostatecznie zbieraliśmy wszyscy, a kiedy już wygarnęliśmy spod liści solidne pudło (ciekawe, gdzie ja to teraz będę suszyć…), naszła mnie taka refleksja. Że kiedyś wszędzie rosły orzechy rodzące dość małe owoce, a teraz w sklepach mamy zatrzęsienie takich ze dwa razy większych, czasami ze stempelkiem, że bio eco i w ogóle. Problem w tym, że po pierwsze: mają strasznie grubą skorupę, którą ciężko rozłupać, a po drugie: jak wyschną, to jadalne wnętrze kurczy się o połowę. I wcale nie zachwyca smakiem.

Te dawne, nieodmianowe, rosnące przy domach, były (i są) małe. Ale mają cienką skorupkę, niemal w całości wypełnioną smacznym orzeszkiem. I to się tak pięknie wpisuje w moje Back To Basics. Bo ja zamierzam na Ziemi Przodków posadzić orzech włoski. A może nawet dwa. A póki co wyzbieraliśmy z chłopakami to, co by się zmarnowało w Warszawie i teraz pójdę szukać przepisów na dania z orzechami.

No.

Na obrazkach widać: MNIE – początkowo w roli supervisora, a potem, po zdjęciu płaszczyka „It’s cold outside”, zgarniającą liście, żeby panicze (oraz małżonek PMP) mogli odnaleźć co tam w tych liściach się kryło. PANICZÓW – wygarniających spadnięte orzechy i wrzucających je do kartonu. PITERA – pomagającego paniczom z zaciekłością znaną jedynie zbieraczom grzybów (z tym, że z orzechami jest chyba jednak łatwiej, bo są rozrzucone na ograniczonym oraz określonym terenie). Oraz TATUI, który tradycyjnie dokumentuje fotograficznie nasze poczynania.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.