Obwodnica.

Nasze osiedle leży w bliskim sąsiedztwie Południowej Obwodnicy Warszawy. Bardzo bliskim. Między jego krańcowym domem, a ekspresówkową estakadą, jest pięćset metrów.

Wiedzieliśmy o tym sąsiedztwie, kiedy decydowaliśmy się na zakup domu. Wszyscy wiedzieli.

Dziewięć lat temu nasze osiedle było budową na zadupiu. Dokoła rosła pszenica na zmianę z rzepakiem, chodziły sarny, dziki i lisy, a bażanty darły się niemiłosiernie pod samymi oknami. Większość rodziny i znajomych łapała się za głowy, że co my najlepszego robimy, przeprowadzając się z centrum cywilizacji na totalne zadupie?!?! Bo faktycznie – w porównaniu z naszym kabackim mieszkaniem, z którego mieliśmy dwa kroki do metra, sklepów, restauracji i Tesco, a autobusy (również nocne) zatrzymywały nam się pod domem – wylądowaliśmy w miejscu, w którym nie było żadnego sklepu spożywczego, autobus jeździł raz na czterdzieści minut (w godzinach szczytu!) i śmierdziało czasami obornikiem.

Dla nas to była jedyna możliwość zamienienia mieszkania na dom. Szeregowy, na osiedlu dla słoików, z pokojami metrażowo blokowymi, ale domu. Z kawałkiem własnego ogródka i czterema sypialniami. Domu, który był jedynym sposobem na uratowanie życia. Bynajmniej nie metaforycznie.

Dość szybko ogarnęliśmy zakupy. Po prostu trzeba było robić listę rzeczy potrzebnych na kilka dni. Jedyny problem mieliśmy z chlebem, więc zaczęliśmy używać maszyny do wypieku chleba oraz mrozić bułki na kanapki dla chłopaków. Reszta nie sprawiła nam większego problemu adaptacyjnego. Za to mieliśmy ciszę i spokój oraz od cholery miejsca do spacerów. Tu naprawdę mało kto się pojawiał…

Nasi synowie zaczęli jeździć na rowerach. SAMI. Najpierw robili kursy „na widoku”, kiedy Piter i ja wlekliśmy się spacerowo z coraz bardziej niedołężnym Maurycym. Potem rozszerzyli je o kółka. Potrafili zrobić kilka okrążeń w czasie, kiedy my z psem domykaliśmy jedno. Następnym krokiem było jeżdżenia BB rowerem do szkoły… I myślę, że gdyby nie te kontrolowane rowerowe rundki, niekoniecznie by do tego doszło.

Było sielsko, chociaż do centrum miasta dojeżdżaliśmy autem w dwadzieścia minut. I pewnie to sielsko sprawiło, że wiele osób wyparło wizję nadchodzącej cywilizacji.

Bo cywilizacja przyszła. Najpierw wybudowali po sąsiedzku Biedronkę. Potem dostawili Vis à Vis Wilanów Street Mall, czyli kilka pawilonów ze sklepami i usługami. Osobiście wolałabym szewca i aptekę zamiast butiku z winami i restauracji z sushi, ale ja mam takie małomiasteczkowe przyzwyczajenia… Dość, że choćby w tej Biedronce podstawowe zakupy da się zrobić i to całkiem przyzwoite.

Potem ruszyła budowa POW. Burdel był przez kilka lat, hałas jak cholera, okna do tej pory są upieprzone godzinę po umyciu, ale WIEDZIELIŚMY, że tak będzie, decydując się na ten dom. Szukamy PLUSów. Na przykład tego, że wskakując na obwodnicę unikamy stania w korkach i przebijania się przez całe miasto, co znacznie skraca czas podróży. Na przykład do Łodzi. Albo na wakacje. Ale również, kiedy trzeba się dostać na drugi koniec miasta.

Oczywiście teraz rodzina i znajomi mają nowy refren. Zamiast „Jezu, wyprowadziliście się na takie zadupie!”, mamy „Pod samym nosem macie sznur samochodów na ekspresówce!”. No mamy. Jak to w mieście. Jakbym chciała mieszkać na wsi, to bym nie kupowała domu na Błoniach Wilanowskich, to chyba logiczne? Że hałas? No hałas. Samochody jeżdżą.

Najbardziej jednak dziwią mnie sąsiedzi z osiedla. Bo oni chyba nie powinni być zdziwieni tym, że zamiast saren mają za oknem auta? A są. I narzekają. To ja się zastanawiam, co będzie, jak wybudują wreszcie ulicę Wiedeńską, w zamyśle łączącą Wilanów z Ursynowem (a może i Konstancinem)? Będą się masowo wyprowadzać, czy oflagują się w ramach protestu, że im ktoś ciszę zakłócił?

Naprawdę czasami nie jestem w stanie zrozumieć ludzi…

PS.
My i tak czekamy na rozpoczęcie budowy po drugiej strony obwodnicy kompleksu parkowo-handlowego. Tak, wiem że życie w pobliżu pewnego rodzaju galerii handlowej może być uciążliwe, ale w zamian dostaniemy sklepy, księgarnię, kawiarnie, całoroczną oranżerię, park, do którego będzie można pójść na spacer. Planowane jest w niej kino, a może nawet basen. I sorry, ale ja na to liczyłam przeprowadzając się z Kabat. Że wprawdzie przenosimy się na błotowisko pośrodku Dzikich Pól, ale prędzej czy później przyjdzie do nas miasto. Wystarczy na nie cierpliwie poczekać.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.