Niedzielny spacer

Moje dylematy fryzurowe wydały wam się mało dramatyczne?

OK. Chciałam wam oszczędzić… Ale proszę:

Kiedy siedzieliśmy u fryzjera: Piter na myjce, ja czekając z farbą na łbie na swoją kolej, zauważyłam kątem oka dziwną aktywność odpoczywającego na kanapie Jakuba. Tam „zauważyłam”… Alarm Matki Autysty zawył mi i zabłyskał, zanim ktokolwiek w ogóle coś dostrzegł. Kuba z nudów zdarł sobie naskórek z całego opuszka palca wskazującego prawej dłoni.

A mówiłam, żeby docenić subtelność moich ubolewań nad brakiem umiejętności układania włosów? No. To sobie proszę następnym razem uwzględnić.

Wracając do Jakuba, to jak się domyślacie krew lała się szerokim i wartkim strumieniem, a sprawca dramatu pozostawał w szoku.

No jasne, że go bolało! Co za pytanie w ogóle???

Pani kosmetyczka podjęła natychmiast akcję ratunkową i zgrabnie zdezynfekowała mu ten nieszczęsny palec oraz założyła wielowarstwowy opatrunek, jednak zanim dojechaliśmy do domu (jak idioci przez empik i lodziarnię), opatrunek nadawał się do natychmiastowej wymiany.

Czy ja wam opowiadałam o tym, jak Kuba na wakacjach przeciął sobie ucho na pół, co sprawiło, że ostatnią noc przed powrotem do Polski spędziliśmy na ostrym dyżurze w szpitalu we Florencji? To może jednak ta książka, której ciągle nie mogę napisać, by się przydała…

Więc i tym razem machnęłam mu „kukiełkę”, a potem drugą i dopiero wieczorem przerzuciliśmy się na opatrunek żelowy, który (według producenta) powinien wytrzymać dwa-trzy dni.

Tak, moi synowie dbają, żeby mi się zbytnio nie nudziło.

Więc jak już dziś wstaliśmy…

… nie, wróć! Bo właściwie to, że wstaliśmy, znowu nie będzie żadną sensacją. To ja jeszcze na moment się cofnę do ostatniego tygodnia, kiedy moje wyczerpanie brakiem snu i nerwami objawiło się ciśnieniowo-sercową akrobacją, tak jak raz w środku nocy, kiedy akurat LuxMed miał przerwę techniczną, więc nie mogłam wejść na swoje konto i sprawdzić zaleceń lekarza, które miałam owszem na kartce, ale tej kartki nie mogłam znaleźć, na dodatek nie pamiętałam, jakie leki mam w tej sytuacji użyć i w jakiej dawce, ba! nie byłam w stanie przypomnieć sobie słowa „plaster” i zdaje się, że chodziłam w tę i nazad po pokoju, o mało nie zrąbałam się ze schodów, skończył mi się magnez z potasem oraz wysiały baterie w ciśnieniomierzu, a mój mąż stał sobie w drzwiach mojego pokoju i spokojnie na to patrzył, zapewne zastanawiając się, w którym momencie powinien jednak wezwać pogotowie, żeby go potem po sądach nie ciągali, zwłaszcza że prawdomówny BlueBoy zeznałby, że matka krzyczała „POMÓŻ MI!!!”.

No więc jak dziś wstaliśmy (czytaj: nie dość, że spałam w nocy, to jeszcze się obudziłam), to uznałam, że po ostatnich emocjach potrzebuję ochłonąć. Zatem zamiast robić zaległe porządki, pojechaliśmy kupić talerzyki deserowe w zimowych dekorach. A czekając na przygotowanie zamówienia, zrobiliśmy sobie mały spacer po warszawskiej Starówce. I powiem wam, że byłam zachwycona. Ale jednocześnie pojawiła mi się refleksja, że jeździmy do Włoch, Holandii czy Francji i zachwycamy się tamtejszymi kamieniczkami oraz widoczkami, a na wyciągnięcie ręki mamy podobne obiekty do doświadczania estetycznych kontemplacji i w ogóle na nie nie zwracamy uwagi! Bo ileż razy w roku jeździmy na lokalną Starówkę?

I na koniec zamiast nieszczęsnego palca Jakuba, pokażę wam nasz dzisiejszy, prawie zimowy (wspominałam o ochłonięciu, prawda?) spacer.

Doceńcie moje dobre serce…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.