Lubelska niespodzianka

W ostatni piątek Piter załatwiał w Lublinie sprawy urzędowe, więc skorzystaliśmy z okazji i wybraliśmy się wszyscy na spontaniczną wycieczkę

Wieki temu pracowałam kilka miesięcy w tym mieście. Od ponad dwudziestu lat jeżdżę tam z chłopakami do rodziny. A jednak Lublin zaskoczył mnie ogromnie i wiem, że będziemy do niego wracać. Chociaż może „wracać” nie jest tu najlepszym słowem, biorąc pod uwagę Ziemię Przodków…

Od lat obiecujemy sobie wycieczkę do Lublina, bo tak naprawdę żadne z nas nie zna tego miasta. Piter pamięta je sprzed studiów, a umówmy się: to było w prehistorii… Ja mam dość nieciekawe wspomnienia sprzed ćwierć wieku. Panicze znają Lublin wyłącznie z wizyt u stryja i ciotki, więc poza blokowiskiem kojarzą jedynie kilka ulic dojazdowych. A to przecież ich korzenie, bo z Lubelszczyzny pochodzi cała rodzina mojego męża. Zatem kiedy nadarzyła się okazja – spontanicznie postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę.

Mieliśmy niecałe dwie godziny, bo tyle zajęło Piterowi załatwianie swoich urzędowych spraw, więc ograniczyliśmy się do spaceru po starej części miasta: od Placu Litewskiego do Placu Po Farze. I powiem wam jedno: jestem absolutnie zachwycona! Miał rację Tomek (bratanek Pitera, ten od BERŁA WŁADZY) mówiąc, że Lublin jest miastem idealnym: wystarczająco małym, żeby zachować kameralny charakter i wystarczająco dużym, żeby dostarczać potrzebnych atrakcji.

Nie wiem jak to jest z multimedialnością tych fontann, bo przy nas raczej nie śpiewały. I jedynie tym różniły się od zachwycającego parku fontannowego na Wyspie Małgorzaty w Budapeszcie. Zresztą wyskakujących spod nóg fontann spotkaliśmy tu więcej i bardzo nam się podobały 🙂

Po fontannach (OK – nie mam zdjęcia pomnika Unii Lubelskiej, i bardzo dobrze, będzie pretekst, żeby wrócić!) zaliczyliśmy… koziołkowy plac zabaw, ale mam szlaban na pokazanie wam zdjęć… A następnie ruszyliśmy Krakowskim Przedmieściem w stronę Bramy Krakowskiej, mijając po drodze kawiarnie, restauracje, ogródki i kryjące gastronomiczne patia podwórka. Wszystkiego w bród i wszystko na ulubioną przeze mnie ludzką skalę.

Za gotycką Bramą Krakowską („Wiesz, że tu kręcili Czarne Chmury?„) minęliśmy kilka straganów z regionalnymi pamiątkami i daliśmy się poprowadzić ulicy Bramowej do Rynku. Nieco sennego, ale gotowego na przyjęcie głodnych i spragnionych. Wyglądającego jak normalny kawałek miasta, w którym mieszkają ludzie, a nie sztucznej atrakcji turystycznej.

Wrzuciliśmy na Listę Rzeczy Do Obejrzenia podziemną trasę (na zaś) i poszliśmy dalej. Mijając po drodze do Dominikanów Złotą 2, gdzie kiedyś mieściło się biuro firmy, w której pracowałam.

Wciśnięta między kamienice bazylika, z prowadzącym do wnętrza wejściem z ciasnej uliczki, wydaje się być historycznie zrośnięta ze Starym Miastem. Zachwycił mnie wystrój, zdumiała liczba bocznych kaplic, zaskoczyła relikwia Świętego Krzyża. Moim synom najbardziej podobał się kojący spokój – niezwykle spójny z atmosferą na lubelskim Rynku.

Dalej nasza trasa prowadziła do Placu Po Farze. Ten fragment miasta nieco bardziej przypominał Lublin, jaki pamiętałam, bo między odrestaurowanymi kamieniczkami z restauracyjnymi ogródkami i hotelami, można było spotkać budynki z wyrosłymi na parapetach od dawna niezamieszkałych domów samosiejkami brzózek…

Jeszcze krótka sesja zdjęciowa i trzeba było wracać. Pojawił się problem, wymagający natychmiastowego rozwiązania. Ale o tym – w następnym wpisie…

Ciąg Dalszy (niewątpliwie) Nastąpi

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.