Lekcja muzyki

Pamiętacie jeszcze moje pianinko?

To, które dostałam w prezencie urodzinowo-imieninowo-dniomatkowym bez okazji? No to się właśnie przydało.

Szukając czegoś dla Kuby (przy czym chodzi tu o dosłownie cokolwiek, czym mógłby się zająć), przyszła mi do głowy nauka gry na pianinie. To znaczy nie jestem pewna, czy mi nie przyszła dlatego, że ja zawsze chciałam nauczyć się grać na tym instrumencie… Zresztą nieważne. Generalnie muzyka przecież łagodzi obyczaje

[nic mi nie mówcie, właśnie BlueBoy puścił za ścianą Nirvanę…]

i stymuluje powstawanie w mózgu połączeń neuronowych, Kuba ma nadmiar niezagospodarowanego czasu, w szkołach bardzo lubił muzykę i chętnie grał na różnych instrumentach, nauczycielki go chwaliły, że ma dobry słuch i wyczucie rytmu, no i jest w domu pianinko, które się marnuje.

Chyba o niczym nie zapomniałam.

Potrzebowaliśmy teraz kogoś, kto by mu mógł dawać lekcje. Ja nawet myślałam o tej szkole muzycznej, w której uczy się Janek, ale o ile BB sam pojedzie na swoją gitarę, to Kubę trzeba zawieźć. A u mnie ostatnio z kondycją fatalnie i nie chciałabym się deklarować, bo mogę nie dać rady.

W tej sytuacji najlepszy byłby nauczyciel dojeżdżający do domu. Tylko gdzie ja go znajdę?

No i jak często u nas: przypadkiem okazało się, że sąsiadka z końca osiedla ma znajomego nauczyciela muzyki, który może przyjeżdżać do domu, na dodatek bardzo mu odpowiadają godziny przedpołudniowe, bo ma wtedy wolne. I mógłby od razu dawać lekcje Kubie oraz mnie.

Dzisiaj mieliśmy pierwsze spotkanie. Jakubowi chyba się spodobało. Z nauczycielem też widzę, że złapał kontakt. Po kilku wstępnych ćwiczeniach okazało się, że Kuba czyta nuty, więc sytuację mamy obecnie taką, że on sobie gra Odę do radości i trochę Vivaldiego, a ja próbuję trafić w klawisze. Którekolwiek.

[obawiam się, że ciąg dalszy niechybnie nastąpi]

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.