Key-box

– Mam wszystko. Sama w to nie wierzę…
– Zobaczymy, zobaczymy…
– LISTA ZAMKNIĘTA!
– Jasne, jasne…

Jeśli czytaliście Codziennik lub od dawna zaglądacie na moje blogi – nie powinniście być specjalnie zdziwieni tą krótką wymianą informacji między mną, a moją siostrą. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że gdyby ona nie nastąpiła, mielibyście nieodparte wrażenie, że gdzieś w połowie drogi okaże się, że na śmierć zapomniałam o Czymś Niezwykle Ważnym – dajmy na to o marynowanych śliwkach – i pozostaje mi gazebo lub szukanie miejsca u szerszeni, bo mnie Key nie wpuści do domu.

Od wieków jadąc do Włoch mamy wypakowany po sufit samochód i nie ma tu żadnego znaczenia, czy jedziemy Renault Megane czy Grand Voyagerem. Najmniejszego. Bywało, że pakowaliśmy się wszyscy w jedną walizkę, bo resztę auta zajmowały nam kartony z rzeczami dla mojej siostry. Albo wieźliśmy pół samochodu ceramiki bolesławieckiej na weselne bomboniere… Symetrycznie: Key przylatując do Polski pakuje minimum ubrań, bo bagaże ma wypełnione szklanymi koralikami dla tubylców, czyli winem, oliwą i kawą. Na ogół.

W sumie to chyba nawet przywykliśmy. Podobnie jak do tego, że pytana z dużym wyprzedzeniem Key zawsze odpowiada, że niczego nie chce, a im bliżej terminu wyjazdu, tym coraz częściej wpadają pojedyncze zamówienia, żeby na finiszu popłynąć szeroko rozlaną rzeką. Normalka.

Nie inaczej było i tym razem.Z początkowego „Głupia jesteś, nic mi nie przywoź.” najpierw wykluły się kiecki dla Eve. Tak dla porządku: Eveline jest jedyną dziewczynką w rodzinnym następnym pokoleniu, moją siostrzenicą oraz córką chrzestną. No i właśnie Eve wybierała się na swoje bierzmowanie w dresiku. Chyba po babci Angeli, bo z całą pewnością nie po Madre. Przez pandemię nie było mnie na jej komunii, ale do chrztu kiecki wiozłam, więc oczywiste, że i teraz na ten dresik się nie zgodzę. I tu pojawiły się schody, ponieważ w żadnym sklepie nie było sukienek… Dresików od cholery, głównie różowych z cekinami, ale zwykłej kiecki nie uświadczysz. No i ja się tak zastanawiam, że może nie mam racji najeżdżając na upodobania modowe Polek, bo nie każda matka ma zacięcie i czas do biegania po ośmiu galeriach handlowych w poszukiwaniu ZWYKŁEJ SUKIENKI, więc bierze co jest, a są dresiki.

Sukienkę znalazłam w ostatnim sklepie, do którego weszłam. Panicze z ojcem odpuścili wcześniej i poszli zamówić sobie jakąś kolację we Fragoli. A ja zrezygnowana zajrzałam po drodze do H&M i… znalazłam tam DWIE NORMALNE SUKIENKI.

Oczywiście kupiłam obie, bo raz – że byłam zmęczona, a dwa – nie miałam już siły decydować, którą z nich wybrać.

Na moje pytanie, jakie buty Eve do tych kiecek założy, Key mi odpisała, że białe adidaski i zamilkła w suspensie. Bo oczywiście ona nadal „niczego ode mnie nie chciała”, ale wiedziała, że białe adidaski mają ma mnie magiczny wpływ i w związku z tym bez odpowiednich butów dla naszej córki nie przyjadę.

Skąd wiem? Bo bez cienia protestu podała mi wymiar stopy. Zarówno Eve, jak i jej brata. Normalnie musiałabym wyciągać te informacje z niej tygodniami, ciągnikiem i nie wykluczone, że z pomocą rozhisteryzowanej na zamówienie Madre.

Miałam zatem dla Ewki kiecki i buty. Pozostał jej brat. Pozostałam przy stopach i wymyśliłam dla niego zestaw kolorowych skarpetek, na jakie od dawna chorują moi Panicze. Bo oni są w zażyłych braterskich relacjach, więc jak Niki zobaczy u kuzynów, to może też będzie ze swoich zadowolony. Udało mi się znaleźć zgrabny zestaw: pizza, burgery, lody i wurst. Bo oni tam nie jedzą parówek, tylko nie wiedzieć czemu wurst. Ale obawiałam się, że te skarpetki nie do końca mogą mi rozwiązać problem, bo wprawdzie są ich cztery pary, ale w jednym pudełku. A Nicholas jest bardzo skrupulatny w takich przypadkach i zwrócił mi kiedyś uwagę, że Eve dostała jeden prezent więcej, chociaż to nie był prezent, tylko zwykła gumka do włosów. Więc w sumie ucieszyłam się, kiedy kilka dni temu Key zagaiła: „Jest taka dziwna sprawa, rozumiesz… Bo ja nie mam takiego dzbanka do parzenia herbaty… No wiesz, co się wrzuca tam torebkę i parzy… Bo Nicholas, widzisz, pije herbatę… No jak my zupełnie, prawda? I my ją parzymy w takim kubku a potem dzielimy na kilka porcji… No jak to możliwe, sama powiedz, że ja nie mam takiego dzbanka… Ale wiesz: nie dzbanka, tylko takiego czajniczka jakby… No pamiętasz z dzieciństwa, co Tatui z oszczędności zalewał ją dziesięć razy i nie nadawała się do picia…”

„Tylko pamiętaj!” – dodała – „Ja mam zestaw kobaltowy w białe kropki! Zresztą przyślę ci zdjęcie, żebyś się nie pomyliła!”.

Jak dla mnie komentarz był zbędny, bo to ja ostatecznie kupowałam jej ten serwis… A ponieważ i tak miałam w planie filiżanki dla Angeli, to imbryk dla Nicholasa nie robił mi wielkiej różnicy.

Przynajmniej do czasu, kiedy zobaczyliśmy we wtorek na drzwiach sklepu z ceramiką kartkę, że do końca tygodnia jest nieczynny. A w niedzielę specjalnie podjeżdżaliśmy tam, żeby sprawdzić w jakich godzinach jest czynny, co pozostawię bez komentarza.

Przez następne cztery dni szukałam: książki dla Key, kremów Ziaja, herbaty Earl Grey, słodyczy dla dzieci, kabanosów, Żubrówki (gdzieś zaginęła w naszej szafce alkoholowej) oraz imbryka dla Nicholasa.

Znalazłam. W Internecie. Kupiłam na wypadek, gdyby w poniedziałek nie otworzyli tego sklepu.

Otworzyli.

Pojechaliśmy po filiżanki do espresso dla teściowej Key. Bo kiedyś dostała od nas dwie i jej brakowało dla gości. Wybrałam jej dekor Kwiaty Polskie, bo bardzo mi się podobał, i od kilku lat za każdym razem przywozimy jakiś kolejny element. W ogóle ceramika bolesławiecka jest świetna i doskonale nadaje się na prezent z Polski. Tak na marginesie. No ale filiżanek do espresso nie było, więc wzięliśmy półmisek na ciasto. I kiedy za niego płaciliśmy, okazało się, że system pokazuje sześć filiżanek do espresso, przywiezionych w ostatniej dostawie…

Pani Małgosia odkopała te filiżanki, ale nam już głupio było wycofywać półmisek, więc wzięliśmy jedno i drugie, awansem na Gwiazdkę.

I kiedy z wielką ulgą wysłałam siostrze radosną wiadomość, że wszystko już mam, to ona mi odpowiedziała w sposób, zamieszczony w nagłówku tego wpisu…

Na wszelki wypadek nie odbieram maili, messengera ani WhatsAppa. Idę się zastanowić, jak ja to wszystko mam zapakować i upchnąć w naszym niegrandvoyagerowym samochodzie…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.