Idealny sylwester.

Oczywiście jak postanowiłam nie robić w tym roku żadnego podsumowania (bo tego roku to jednak wolałabym nie podsumowywać…), natychmiast okazało się, że podobną postawę przyjęło dziewięćdziesiąt osiem procent znanych mi bloggerów i znowu nie udało mi się zabłysnąć oryginalnością…

W sumie to mogłabym teraz ten rok podsumować, ale mi się nie chce. Przerzuciłam się zatem na przegląd wszystkich moich sylwestrów i wyszło mi na to, że lepiej było jednak zrobić résumé 2021… No nie trafisz…

Ponieważ wszystkie moje sylwestry były beznadziejne.

O.

I pobijcie teraz mój rekord, proszę bardzo!

Prawdę mówiąc to się za bardzo nie nasylwestrowałam, bo najpierw byłam za mała (i wtedy jeden jedyny raz wyjechałam na koniec roku w góry…), potem siedziałam w domu mając pod opieką młodsze rodzeństwo oraz babcię, która niby przyjechała opiekować się nami, ale ta jej opieka kończyła się na wołaniu mnie do każdej jednej czynności, w tym do rozpalaniu w piecu, „bo wygasł”, o piątej rano. No. Później jakoś mi się sylwestry nie składały, a od ćwierćwieku – czyli odkąd mam paniczów – to już w ogóle kończymy rok siedząc w domu, bo nikt nam by z dziećmi nie został na dwa dni.

W tym domu wykazujemy się całkowitym brakiem inwencji twórczej. To znaczy: nie przebieramy się w sylwestrowe stroje i nie robimy wystawnego bufetu à la fourchette. Od przeprowadzki na Dzikie Pola (aka Błonia Wilanowskie), na ogół włączamy sobie jakiś koncert na DVD (i absolutnym przypadkiem jest to Sting w Berlinie, bo wszystkie pozostałe opcje okazały się totalnymi niewypałami – może poza Adele w Fucking* Royal Albert Hall (*przepraszam, ale to ona powiedziała, ja tylko cytuję)).

Jednego roku zrobiliśmy sobie maraton filmowy z LOTR. No… to było coś… Ale Kuba z trudem dał radę, więc nie ryzykujemy powtórki. Tak na wypadek.

Co do jedzenia, to kiedyś tam, dawno temu, rzeźbiłam tartinki, ale najczęściej na stół wjeżdżał strogonow albo raclette. Uwielbiamy jedno i drugie. W tym roku siedzę o suchym pysku, bo mi po świętach serce wysiadło i zdycham, a weźcie raclette bez wina – no błagam… Więc Piter robi pizzę. A że jego pizza, to proszę państwa jednak jest wystarczającym uhonorowaniem końca roku, więc nikt nie narzeka!

Na razie (mamy chwilę przed czwartą po południu) wszyscy rozeszli się po swoich pokojach. Potem, po tej pizzy, BB zaplanował planszówki, więc pewnie spędzimy trochę czasu razem. Wiecie, ja w ogóle nie czuję się sylwestrowo… Więc może te planszówki i lemoniada nie są najgorszym pomysłem? Obejrzymy sobie pokaz fajerwerków nad Ursynowem i pewnie pójdziemy spać. I w zasadzie jak dla mnie jest ok, z małym wyjątkiem.

Bo jednak chciałabym móc się napić Martini Prosecco!!!

I właściwie nie mam pomysłu na to, jaki byłby mój wymarzony sylwester… Nie wiem: za stara jestem? Zbyt zmęczona? Nie chce mi się iść do restauracji i płacić kupy kasy za coś, co mogę zrobić w domu. I jeszcze zastanawiać się, czy moi synowie wytrzymają… Bale odpadają, bo na bal ich nie zabiorę. Wyjazd gdzieś? Z tą naszą terrorystyczną terrierrką??? Poza tym: czy my po to kupowaliśmy za dożywotni kredyt dom, żeby się teraz szlajać po cudzych kątach?

Wesołego, kochani! I oby nam się darzyło!

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.