Home Sweet Home

Dziś mija 7 lat od przeprowadzki do domu, który nam uratował życie.

Rok dwa tysiące dwunasty był rokiem szczególnym. Pierwszy raz wypadliśmy z relatywnej strefy komfortu, kiedy Kuba niespodziewanie wyleciał ze szkoły. BlueBoyowi wykryto wrodzoną wadę serca i przeżyliśmy zmieniający priorytety horror operacji. Zaczęłam pisać blogowy dziennik, który potem stał się książką.

No i znaleźliśmy Dom, Który Uratował Nam Życie.

Znaleźliśmy go przypadkiem (chociaż ja nie wierzę w przypadki), skręcając nie w tę, co zawsze ulicę i dosłownie wjeżdżając na budowane pod miastem osiedle kompaktowych szeregowców. Trafiliśmy na niezwykle pomocnych ludzi i absolutnym cudem (co przyznał po wszystkim nasz doradca kredytowy) udało nam się go kupić. W niewyobrażalnym tempie zdołaliśmy go wykończyć. I po siedmiu latach od przeprowadzki nadal błogosławię każdy dzień mieszkania w nim.

To nie jest kwestia fanaberii, snobizmu czy robienia na kimkolwiek wrażenia, tylko życiowej konieczności. Mając dwóch nie do końca kompatybilnych autystycznych synów, którzy spędzają większość życia w domu, rozpaczliwie potrzebowaliśmy choćby najmniejszej własnej przestrzeni dla każdego z nas. Finansowo wydawało się to poza naszym zasięgiem. Gdzie tu dom? W Warszawie??? Jednak cuda się zdarzają…

Zadłużyliśmy się do końca życia, ale każdy z nas ma swój azyl, do którego może uciec, kiedy tego potrzebuje. Ten dom ratuje nam życie, szczególnie kiedy panicze mają fazę konfrontacji i ostrych starć ze sobą. Ten dom umożliwił nam zdalną edukację chłopców i biurowy on-line Pitera podczas pandemii. Ja mam swój kawałek ogródka, róże i hortensje oraz kominek na jesienne słoty. Tu nie ma wielkich przestrzeni, ale ten dom jest skrojony na naszą miarę, a my prowadzimy dość ograniczone życie towarzyskie. Lubimy go. Jest nasz. Taki wiecie – od serca. I nadal mamy w nim mnóstwo tu do zrobienia 🙂

Lubie go z jeszcze jednego powodu. Weszliśmy tu w gołe ściany, stan deweloperski. I wszystko, ale to absolutnie wszystko w środku, sama wymyśliłam. Poza tą jedną ścianą, którą wymyślił Piter. Więc ten dom jest dodatkowo „mój”. I po siedmiu latach, biorąc pod uwagę, że kupiliśmy gotowy, wybudowany budynek, bez możliwości zmiany instalacji czy rozplanowania pomieszczeń, zmieniłabym w nim tylko jedną rzecz. Od razu dobudowałabym ogród zimowy przy jadalni. I to wszystko!

Home Sweet Home. Dom, do którego lubię wracać.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.