Firanka

Nic nie mam przeciw firankom. Wręcz przeciwnie: wiszą w oknach w moim pokoju i łazienkach, bo jednak bliskie sąsiedztwo szeregu vis a vis jest nieco krępujące. Ale z okien salonu to jednak wolałabym oglądać mój ogródek, a nie najładniejsze nawet woale…

Sytuacja zmienia się nieco zimą. Nie dlatego, że ogródek nie nadaje się do oglądania. Moim zdaniem nadaje się. Tylko zimą już o czwartej robi się ciemno, zapalamy światło, opuszczamy zewnętrzną roletę i … robi nam się wielkie lustro.

Niby lustro jest OK. Chyba, że się w nim nieustannie przeglądają Panicze, głównie podczas rozmowy z nami… Ale to wielkie, brązowe lustro sprawia, że w pokoju robi się zimno i nieprzyjaźnie, a umówmy się: to nie są emocje, o których marzymy w Święta. Na dodatek w tym roku salon będzie pełnić również funkcję gościnnej sypialni, więc zależało mi na zrobieniu w nim odpowiedniej atmosfery, sami rozumiecie.

Chcąc – nie chcąc trzeba było coś z tym oknem zrobić. Czyli powiesić firankę.

Firankę mamy. Kiedyś uszyliśmy taką odpowiednią, na duże okno tarasowe. Potrójnie marszczoną… I właśnie przez te marszczenia wyleciała do pudła, bo wchodziła w kurs kolizyjny z zasłonkami (a nie istnieje we wszechświecie siła, która by powstrzymała Madre od szurania zasłonkami w te i z powrotem… no way…). Mój racjonalizatorski pomysł, żeby firankę skrócić i wieszać na prosto został wprawdzie przyjęty życzliwie, ale nie przeszedł do etapu realizacji. Być może nie dołączyłam odpowiednich załączników, że o znaczkach skarbowych nie wspomnę.

Czy ktoś jeszcze używa znaczków skarbowych???

Ponieważ od zapudłowania firanki minęło kilka lat, a powtarzane od czasu do czasu przeze mnie przypomnienia traktowane były według zasady: „Jakpowiedziałemżezrobiętozrobięiniemusiszmicopółrokuprzypominaćnalaćcimartini?”, postanowiłam nieco przyspieszyć bieg wydarzeń i stanowczo zażądałam od męża działania. Jakiś miesiąc temu. Możliwe, że użyłam gróźb karalnych.

Mąż nie wykazał entuzjazmu, ale co do zasadności zgodził się i zaczął szukać usług krawieckich.

Znaczy: miał zacząć ich szukać, bo tak naprawdę wpadł w lekką panikę w ubiegły czwartek (i tak nie do końca wierząc w moje ostrzeżeni), że teraz, to może sobie tę firankę… no sami wiecie co… bo mu nikt niczego nie uszyje tydzień przed Wigilią.

Końcówkę tygodnia mieliśmy, jak się domyślacie, dość burzliwą, ale w tej sytuacji można było zrobić tylko jedno (oprócz poinformowania Madre, że będzie spać na kanapie, oczywiście): powiesić firankę tak, jak jest i modlić się, żeby Madre nie usiłowała szurać zasłonkami…

Przez weekend Piter miał firankę wstawić na krótkie pranie, żeby taką wilgotną powiesić w salonie. Żeby nie było: chciałam to zrobić sama, ale nakrzyczał na mnie, że mam się nie tykać, no to co ja – głupia jestem? Znaczy może jestem, ale nie żeby aż tak przecież!

Ponieważ poniedziałkowy poranek nie przyniósł żadnych postępów w Akcji Firanka, poprosiłam dziecko o pomoc. Żeby włożyło do pralki tę firankę, którą ojciec tydzień temu przygotował do krawcowej/prania/powieszenia.

Dziecko dwukrotnie przepatrzyło poddasze mansardę i przyszło skonfundowane, że firanki tam nie ma.

To, co leży na fotelu, to jest…

OBRUS

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.