Fast Food i Disney, którego nie ma

Z tym Disney Store chodziło o Chapsa i Lili.
Jest tu jeszcze ktoś, kto uważał, że niczym go nie zaskoczymy?

Kilka lat temu lecący po ulubionych kreskówkach Jakub wyraził chęć otrzymania na urodziny maskotek z Zakochanego Kundla. Trampa i Lady udało mi się kupić, zdaje się, że na amerykańskim eBayu albo brytyjskim Amazonie. Nie fukać mi tu. Sami byście wertowali nawet chińskie portale po kilku miesiącach Jakubowego lajtmotiwu. I jak tylko pełna ulgi, szczęścia i nieuzasadnionego samozadowolenia wręczyłam mu ten upragniony prezent urodzinowy, usłyszałam: „A teraz Chaps i Lili!”. Bo Kuba funkcjonuje kompletami.

Problem z Chapsem i Lili był jednak, że tak to ujmę, czasowy. Od premiery DVD drugiej części Zakochanego Kundla minęło zbyt dużo czasu, żeby można było gdzieś kupić pozostałe maskotki. Tyle, że ten argument nigdy nie przemawiał do mojego starszego syna, co lokowało nas w patowym impasie.

„Pojedziemy do Nichelino.” – powiedziała Key.„Tam mają taki duży sklep z zabawkami. MUSI być Disney.”

Pojechaliśmy. A kiedy dotarliśmy na miejsce, Kuba się ogromnie ucieszył na widok Burger Kinga…

Tu małe wyjaśnienie: absolutnie nie jestem fanką fast foodów. Jeśli tylko można omijam je szerokim łukiem. Ale niestety moi synowie nie…

Zaczęło się dość niewinnie: kiedy zapisaliśmy chłopców na zajęcia tenisowe, musieliśmy jakoś pokonać ich organiczną awersję do wysiłku fizycznego i niestety wpadliśmy na dość niefortunny pomysł, który mści się na nas do tej pory. Czyli od dwunastu lat. Otóż za każdy uczciwie odpracowany trening – mogli iść do MD. Głupie, wiem. Ale zdarzało nam się chwytać głupszych pomysłów, a oni mieli wtedy na punkcie fast foodu totalny odjazd i pomyślałam, że raz w tygodniu ich nie zabije.

Potem ten MD wzbogacił się o prowadzone przez Paniczów rozszerzone analizy porównawcze śmieciowego jedzenia i przez kolejne lata Kuba zarządzał kolejnością: „W tym tygodniu MD, za tydzień KFC a za dwa Burger King!”. Zgrzytałam zębami, ale treningi odwalali prawidłowo, sama byłam pod wrażeniem jak kiedyś zajrzałam na kort, a w domu dostają wartościowe jedzenie, gotowane z sezonowych produktów, więc jakoś musiałam to znieść. Ostatecznie sama wpadłam na ten fastfoodowy pomysł…

No i Kuba, który jak pamiętacie przyjął naprędce zbudowaną wersję „włoskiego bierzmowania” oraz zdążył się zorientować, że coś tu śmierdzi z obiecywanym od trzech lat sklepem Disneya, zażądał pójścia do włoskiego fast fooda. A potem zobaczył tego BK w Nichelino i wiadomo było, że bez gigantycznej awantury się spod niego nie ruszy.

Key mnie pocieszała, że fastfoody we Włoszech musiały zastosować odpowiednie procedury odnośnie składników i jakości jedzenia, bo groziła im likwidacja. Eve natychmiast zrobiło się słabo z głodu. A BlueBoy po prostu założył maseczkę i wszedł do środka, ucinając jakiekolwiek dalsze dyskusje.

Muszę przyznać, że faktycznie było to jadalne. Frytki nawet bardzo, ale i burgery nie dość, że w porządku, to nie spowodowały u mnie dolegliwości zdrowotnych, co jest najlepszym certyfikatem, bo ja choruję niemal po każdym przemysłowym żarciu. I kiedy myśleliśmy, że może jakoś da się bokiem ominąć Chapsa oraz Lily – Kuba popatrzył na nas z narastającą wściekłością i nie było innego wyjścia, jak po prostu udać się w stronę sklepu z zabawkami.

Zwiałam z Key i Eve do Maisons Du Monde, a do TOYS CENTER oddelegowałyśmy Pitera z chłopakami. Dalszy przebieg wydarzeń znam ze skrajnie naładowanego emocjami esemesa mojego męża: „NIE MA. Kuba dostał histerii. Udało mi się COŚ znaleźć, ale błagam: nie zadawaj żadnych pytań!!!”.

Faktycznie, kiedy do nich dołączyłyśmy nieco mną szarpnęło, bo Kuba trzymał w rękach dużą maskotkę Lady i miniaturowego Trampa.

Była to druga maskotka Lady i drugi Tramp, bo jedną parę zostawił przecież w Warszawie, więc siłą rzeczy samo wystrzeliło mi pytanie: „PO JAKĄ CHOLERĘ TO KUPILIŚCIE???”

Tak, wiem, bez sensu. Tym bardziej, że kiedy zostałam z Jakubem przed sklepem, bo Piter szukał z BlueBoyem jakiegoś zestawu lego, a Key usiłowała oderwać Eve od Sticha, Kuba zaczął swoją nową mantrę, z której jasno wynikało, że teraz będziemy szukać dużego Trampa i małej Lady, bo muszą być w kompletach. O Chapsie i Lili nie wspominał. Najwyraźniej wiedział, że go zabiję. Ale dotarło do niego, że w sklepie nie ma pożądanych przez niego zabawek, bo przerzucił się na Internet, Amazona i eBaya… Chyba załapałam, dlaczego Piter pozwolił mu kupić te maskotki… Nie dałby rady wyprowadzić go w tym stanie ze sklepu…

Tu pojawia się dość poważny problem: na ile można odpuścić? Kiedy to odpuszczanie przekroczy nieprzekraczalną granicę, za którą jest terror? Ile można odpuścić dla świętego spokoju. W zasadzie takimi pytaniami żyjemy na co dzień, ale podczas wyjazdów nabierają one innego trybu wykonawczego i szczerze mówiąc nie są prostymi wyborami…

Po drodze przejeżdżaliśmy przez intrygujące miejsce, więc dla zmiany tematu zapytaliśmy Key, co to takiego? Zatrzymaliśmy się tam na chwilę i będąc pod wrażeniem postanowiliśmy wrócić następnego dnia…

[ciąg dalszy nastąpi]

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.