Epifania, czyli koniec Świąt.

Nie celebruję Trzech Króli, ale lubię to święto. Nie tylko dlatego, że jest dniem ustawowo wolnym od pracy.

Zresztą o czym ja mówię? W moim przypadku „ustawowy dzień wolny” przecież nie istnieje, a po bożonarodzeniowym szaleństwie szósty stycznia był graniczną datą mojej wytrzymałości przed powrotem męża do biura i paniczów do szkół.

Mimo to lubię Epifanię. Z kilku powodów.

Pierwszym był ten wymarzony powrót moich panów do pozadomowych zajęć, co wspominam z rzewną nostalgią, bo to już nie wróci.

Drugim jest rodzinna tradycja. Pochodząca z Kresów rodzina Tatui świętowała zarówno według kalendarza zachodniego, jak i wschodniego. Silne związki z kościołem ormiańskim i podwójnie obchodzone Boże Narodzenie były normą. Babcia opowiadała mi o życzeniach, jakie dzierżawcy składali pradziadkom w grudniu i o podejmowaniu ich oraz ukraińskiej służby w prawosławną wigilię w styczniu. Wszystko jakoś współgrało, chociaż jak wiemy: do czasu. Nam zaś pozostał rodzinny zwyczaj urządzania „małej wigilii” w dniu Epifanii.

Trzecim powodem mojego ulubienia Trzech Króli jest to, że kończy długi okres Bożego Narodzenia. Świętujemy od początku grudnia, z kulminacją w Wigilię, i po Nowym Roku jesteśmy wystarczająco wyświętowani bożonarodzeniowo. Z ulgą rozbieramy choinkę i przerzucamy się na inne dania. niż kapusta z grzybami, piernik i makowiec. Ale tego ostatniego dnia podajemy jeszcze barszczyk i pierogi, zjadamy ostatnie porcje kutii i życzymy sobie wszelkiej pomyślności.

Zatem:

Wesołej Epifanii!

© 2022, Rutyna Chaosu. All rights reserved.