Emergency, czyli tradycja

Widzieliście może na zdjęciach ze zwiedzania Lublina, że Jakub nie tryskał radością życia?

Już poprzedniego dnia narzekał na ucho. Nawet nie, że go boli, tylko że trzeba kupić patyczki do czyszczenia i coś tam. No i – przyznam bijąc się w pierś – zawaliliśmy. Ja, bo padłam wieczorem. Piter, bo… No bo Piter. Jeszcze go opieprzył, że się po nocy tłucze.

Ciąg dalszy był wyczerpujący głównie dla płaczącego Jakuba i mnie – siedzącej z nim ze dwie godziny i próbującej dojść istoty problemu.

Ponieważ rano wszystko wyglądało ok, wybraliśmy się na tę spontaniczną wycieczkę do Lublina. I mniej więcej w połowie wycieczki okazało się, że…

Chociaż nie, najpierw Kuba był taki… niemrawy. Ja tego nie umiem tak do końca wyjaśnić, ale po 24 latach życia z Jakubem, WIEM, kiedy coś jest nie tak. No i było. Nie tak. A potem zauważyłam, że mu z ucha leci krew…

[suspensik]

Akurat Piter skończył z dokumentami, więc spotkaliśmy się pośrodku drogi, czyli u Wedla. Kilka minut przerwy przy mrożonej czekoladzie, podpowiedź szwagra i telefon pomogły nam zlokalizować w pobliżu przychodnię lekarską, na dodatek z grupy naszego LuxMedu. Potrzebowaliśmy lekarza i pytanie było jedynie takie, czy się do niego dostaniemy tak od ręki. Ten LuxMed dawał nam pewne fory ze względu na posiadany pakiet opieki medycznej, ale w naszej sytuacji nie było siły, żebyśmy wyszli z przychodni bez pomocy. Zamierzałam użyć siły perswazji oraz legitymacji Osoby Niepełnosprawnej Jakuba, którą jakimś cudem zabrałam ze sobą. Kuba cierpiał i nie był w stanie powiedzieć, co mu dolega. Potrzebowaliśmy lekarza, który mu zajrzy do tego ucha i zobaczy, co tam się dzieje. Bo nie wyglądało to najciekawiej.

Teraz powinny się rozlec fanfary i wiwaty na cześć lubelskiego Luxmedu.

Dostaliśmy się z marszu. Dodatkowo na konsultację profesorską…. Pani prof zajrzała do ucha. Stwierdziła, że raczej zbyt dużej krzywdy sobie nie zrobił, ale na przyszłość niech lepiej nie próbuje sam sobie czyścić uszu. Przepisała krople i antybiotyk. Odetchnęliśmy z ulgą, że to nie – dajmy na to – wysiękowe zapalenie ucha z perforacją błony… Bo też przerabialiśmy „objawowo”. Parę ładnych lat temu.

Receptę zrealizowaliśmy w aptece na dole i od razu pojawił się mały problem. Bo w planach mieliśmy uczczenie powodu naszej wycieczki obiadem w którejś z „rodzinnych” restauracji. Ale jeżdżenie po knajpach z chorym Jakubem było trochę nie bardzo. Tylko, że jeszcze bardziej nie bardzo Jakub zamierzał z tego obiadu zrezygnować. Na szczęście okazało się (skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą), że antybiotyk należy przyjąć po jedzeniu, więc trzeba było pojechać na obiad!

Siedząc w DWORZE CHOINY, miejscu które uwielbiam zarówno ze względu na kuchnię, jak i rosnące w ogrodzie ogromne hortensje, wspominaliśmy inne wyjazdowe atrakcje medyczne, jakich nam dostarczał Kuba… Te wizyty w szpitalach i na pronto soccorso… I doszliśmy do wniosku, że z tym Nowym Otwarciem, to jednak minimalnie przesadziłam. Niektóre rzeczy niewiele się zmieniły…

Kuba z kaczką. Przed przyjęciem antybiotyku. Trzeba było wzmocnić nadwyrężone spacerem i chorobą siły.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.