Dentysta

Wiem, że się mówi: STOMATOLOG, ale stres nie jest u mnie kompatybilny z poprawnością polityczną (czy jaką tam), więc sorry!

Mój starszy syn Jakub, lat 24, nigdy nie miał leczonych zębów.

Jeśli to na was nie robi żadnego wrażenia, to ja może powtórzę:

Kuba przez całe życie nie doświadczył jakichkolwiek działań stomatologicznych, poza parokrotnym czyszczeniem i lakowaniem uzębienia.

Zostawię wam chwilę na odpowiednie achy i ochy oraz to niewiarygodne!

Dobra, lecimy dalej.

Staramy się pamiętać o okresowych przeglądach, żeby w razie czego wyłapać problem i właśnie wczoraj byliśmy u nowej dentystki, oczywiście w przychodni deklarującej leczenie osób niepełnosprawnych, w razie konieczności w pełnej narkozie. Bo to nigdy nie wiadomo. Dla większości znajomych autystów leczenie zębów jest wyzwaniem nie do pokonania i inna wersja nie wchodzi w grę. Jak by było u nas – cholera wie, bo jak wspomniałam: Kuba nigdy nie miał leczonych zębów. BlueBoy w zasadzie też. Raz mu lekarz pomógł z mleczakiem, który nie chciał się z nim rozstać, mimo że jego następca prawie cały się zdążył wyrżnąć. No i te nieszczęsne ósemki, ciężko usuwane przed założeniem aparatu. Trudne doświadczenie, nie tylko dla biednego Jasieczka, ale dla m nie trochę też.

Bo ja generalnie boję się w życiu tylko trzech rzeczy: śmierci, bólu i samotności. A symbolem tego trio jest dla mnie dentysta.

Że niby jak? No po prostu. Wizyta u dentysty jest nieuchronna jak śmierć. Śmiertelnie się boję – zarówno bólu jak i w ogóle tego, że ktoś mi robi coś, nad czym nie mam kontroli. Zęby mam fatalne od urodzenia (naprawdę nie wiem, po kim moi synowie mają dokładnie na odwrót, ale nie ma dnia, żebym za to nie dziękowała wszystkim możliwym bogom i siłom Matki Natury) i niejedno przeszłam (nie, nie będę tego opisywać, bo na samo wspomnienie mdleję – SŁOWO!). Mam traumę. Wizytę u nowego stomatologa zaczynam od „Dzień dobry, jestem najbardziej histeryczną pacjentką z fobią dentystyczną, jaką pan/pani kiedykolwiek spotkał/-a w życiu. I nie dam sobie zajrzeć do jamy ustnej bez znieczulenia.”

Wczoraj Kuba znowu wyszedł z zaleceniami odnośnie odpowiedniego używania szczoteczki i cytatem: „Żadnych nowych ubytków! Nie trzeba borować.” na ustach (chociaż on nie ma bladego pojęcia co to znaczy „borować”, a ja wylądowałam na fotelu, zdecydowanie postulując, że skoro już trzeba, to poproszę od najmniejszej dziury.

Nasza nowa pani doktor podstępnie trzasnęła mi trzy.

I powiem wam, że nawet coś mi się nie zgadzało, tam na tym seansie… Bo coś za często zmieniała te narzędzia tortur… I po jakiego czorta ponownie brała do ręki lampę do utwardzania??? Ale że z tymi imadłem w zębach ciężko się zadaje pytania, to nic nie mówiłam. A potem okazało się, że trzy. No. I zaufaj tu człowieku.

Znieczulenie miałam takie piękne, że całe szczęście, że chwilowo (oby…) nie mogę pić MP, bo dwie godziny po wizycie nadal niezamierzenie plułam każdym napojem, jaki próbowałam wypić, więc nie dostałam zawału ze strachu na fotelu. Tylko trochę później. Jak zobaczyłam rachunek. Ale zanim zeszłam na poziom podłogi przyjechał małżonek i uiścił, więc w sumie mogę wczorajszy dzień uzać za względnie udany, prawda?

Idę robić piernik.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.