COVIDowe święta

Mimo dwóch dni odchorowywania powtórzeniowej dawki Pfizera, jestem absolutnie przekonana, że szczepienie jest niezbędne, aby wrócić do w miarę normalnego życia w tej pandemicznej rzeczywistości. Opowiem wam o naszych ostatnich świętach…

Jakiś tydzień przed Bożym Narodzeniem media dosłownie zalała fala informacji na temat nowego wariantu wirusa, a przeciętny człowiek przestał się orientować w kolejności liter greckiego alfabetu. Wstrząsnęło mną, kiedy czytając kolejny artykuł o bezmyślności (czy też głupocie) biorących udział w zgromadzeniach ludzi, uświadomiłam sobie, że przecież my zaraz zrobimy to samo!!! W Wigilię spotykamy się z rodziną u nas, a w drugi dzień świąt planowane jest rodzinne spotkanie w znacznym gronie u Marianny. Bo ze względu na rzadkie ostatnimi czasy wizyty Key, jest to okazja do spotkania Tatui ze wszystkimi swoimi córkami i wnukami… No to przecież mamy zamiar zrobić dokładnie to, co mrozi mi krew w żyłach, gdy czytam gazetowe alarmy o głupocie ludzkiej!

Marianna chciała mnie zabić. Potem analizując temat na (powiedzmy, że) spokojnie doszłyśmy do wniosku, że ostatecznie wszyscy będą zaszczepieni. Jej goście z Wigilii, podobnie jak Key z rodziną, muszą mieć paszporty COVIDowe, bo inaczej nie przekroczą granicy. Rodzina jest zaszczepiona, w kilku przypadkach nawet trzecią dawką. Dzieci siedzą w domu na nauczaniu zdalnym. A jedyna osoba, która ze względów, nazwijmy to światopoglądowych, się nie szczepi – zrobiła test antygenowy.

W Wigilię najpierw przyjechała Madre. Wczesnym wieczorem przyleciała Key ze Ste i dzieciakami. I zanim na dobre zaczęła się wigilijna kolacja, Eve nam nieco odjechała.

Gorączka, złe samopoczucie, senność. Pojawiła się koncepcja, że Eve mogła złapać wirusa na lotnisku albo w samolocie, bo jako jedyna nie była zaszczepiona (ze względu na wiek). Kolację jedliśmy w dość dziwnych ratach, poprzeplatanych wręczaniem prezentów, obsesyjnym mierzeniem temperatury i lekką histerią. Nie pytajcie proszę, kto tę histerię nakręcał.

Jakoś niemal natychmiast źle poczuła się Madre. Wprawdzie nie miała gorączki, ale zaczął ją męczyć koszmarny kaszel. Tu podejrzenie padło na pociąg i kaszlącą w przedziale zagraniczną współpasażerkę.

Po zastosowaniu baterii różnych środków, z plastrami LW na czele, sytuacja nieco się uspokoiła i wieczór zakończyliśmy graniem kolęd na różnych instrumentach oraz śpiewaniem Cichej Nocy w trzech językach jednocześnie, co było doświadczeniem dość interesującym, zwłaszcza ze względu na nie-do-końca trzymanie się melodii przez niektórych wokalistów. Mówcie, co chcecie, ale przeżycie jedno na milion!

Boże Narodzenie spędziliśmy dalej kurując Eveline, z niepokojem obserwując kaszel Madre i wyganiając całą resztę towarzystwa na spacery, bo pogoda była idealna do przewietrzenia się i wzmocnienia odporności. Drugie dnia odwieźliśmy Madre do Łodzi i wracając dołączyliśmy do rodziny zebranej u Marianny, czyli Key, Ste, Nicholasa, Eveilne, Tatui z Farettą, Marianny, jej męża – Michała oraz ich trzech synów: Adama, Wojtka i Kuby. W ten sposób udało nam się spotkać świątecznie z całą moją częścią rodziny, zwłaszcza że gdzieś tu w opisach pominęłam niechcący krótką wizytę u Matki Chrzestnej Pomeza, której chłopaki w drodze po Madre, złożyli życzenia z okolicznościowym powiankiem (jak kto nie wiem, co to powianek, to niech się dokształci!) w postaci drożdża i kutii.

Ten drożdż jest bardzo ważny, bo mąż MChP, czyli jednak stryj, bardzo mi podbudowuje ego, mówiąc że takiego drożdża robiła jedynie jego matka, więc sami rozumiecie, że nie mogę sobie tej drobnej przyjemności darować.

No więc mamy za sobą imprezę u Marianny, z boskim indykiem i nadzieniem, na które przepis podstępnie i pochlebstwem wysępił od ciotki BlueBoy oraz nieprawdopodobnymi tortami przywiezionymi przez moją macochę. Piękne to były święta, pogoda bajkowa i w ogóle udzielił nam się błogi nastrój White Christmas. Key pojechała do Łodzi, my wróciliśmy do domu. Odpoczywać świątecznie.

Następnego dnia okazało się, że Madre prawie umiera i jest pewna, że to COVID, chociaż mnie bardziej to wyglądało na zapalenie oskrzeli. Ale lekarzem nie jestem, nie znam się. Dalej, w dużym skrócie było tak: zamiast umówić się na wizytę do internisty, który by fachowo te oskrzela osłuchał, Madre zażądała skierowania na test COVIDOwy. W związku z tym, kiedy Key z rodziną dojechała do Warszawy, Madre była już na automatycznej kwarantannie. I wszyscy zadawaliśmy sobie pytania, czy ich – Cortesów – wypuszczą w tej sytuacji z Polski, bo następnego dnia mieli lot do Mediolanu…

Czyli Matka na kwarantannie, oni tu lecą robić testy (które nie mogą być starsze niż doba przed lądowaniem w Milano) i liczą na to, że ich nie dupnie Sanepid, przysyłający Madre trzy razy dziennie esemesy przypominające, że nie wolno jej wychodzić z domu.

A, bo moja siostra jako miejsce pobytu w Polsce podała łódzki adres, pod którym zresztą nadal jest zameldowana. Więc jakby system działał, to powinni się dopatrzeć dodatkowych czterech osób przebywających z osobą skierowaną na kwarantannę.

NADĄŻACIE???

Testy wypadły, jak to moja siostra ujęła: „positivo perché è negativo„, u Madre również ten koszmarny kaszel był po prostu reakcją ostrej alergii (ciekawe na kogo z nas…), więc wszystko się dobrze skończyło. Nawet przed wyjazdem zaliczyli tę genialną, multimedialną wystawę Van Gogha!

Przynajmniej do Nowego Roku, kiedy okazało się, że jedna z koleżanek Eve roznosiła świadomie wirusy po borgacie, zarażając sąsiadów, w tym jedną matkę przyjaciółki, będącą w trakcie leczenia nowotworowego…

I tak sobie myślę, że przy takich atrakcjach świadomość bycia zaszczepionym jest nie do przecenienia. Bo nawet gdyby ktoś z nas się zaraził, to jednak jest w jakimś stopniu zabezpieczony przed ciężkim przebiegiem choroby. No chyba, że chodzi o mnie – ale to przecież wiadomo. Wprawdzie siedzimy w domu, ale panicze chodzą na tenisa. BB na Gwiazdkę dostał wymarzony karnet na łucznictwo. Ja bym chciała, żeby oni jednak wrócili kiedyś na basen… Wychodzimy do restauracji, bywamy w księgarniach i na wystawach… Nie wyobrażam sobie głupiego narażania się.


Dziś mija pierwsza rocznica śmierci mojego Teścia.

Tata nie zmarł na COVID, ale z powodu COVIDu umierał w szpitalu samotnie. Nie było szczepień ani COVIDowych certyfikatów. Nikt z rodziny nie mógł mu towarzyszyć w ostatnich chwilach i po prostu potrzymać za rękę. Był dobrym, oddanym rodzinie człowiekiem. Nie zasłużył na to.

Nadal nie mogę się z tym pogodzić.

© 2022, Rutyna Chaosu. All rights reserved.