Coraz bliżej Święta…

…czyli: bez paniki proszę!

Nie wiem, jak wy, ale ja czuję się nieco przytłoczona. Listą rzeczy do zrobienia też, ale głównie przekazem medialnym, nachalnie ładującym się w moją rzeczywistość. Już nawet myślałam, żeby poblokować te wyskakujące bez ostrzeżenia okienka na kompie, ale jak kiedyś tak zrobiłam, to czegoś tam nie mogłam potem obejrzeć, na czym mi zależało, więc nie blokuję i ćwiczę bycie dzielną.

Ilość rzeczy, które „musisz mieć na Święta w tym roku” jest po prostu powalająca. Podobnie spis potraw, „bez których nie będziesz mieć prawdziwych świąt” oraz prezentów, które „nadadzą nadchodzącym świętom wyjątkowego charakteru”. Bo prezenty to ja mam dla rodziny takie raczej zwyczajne: filmy na DVD, lego (bo przecież…), książki… O! Piżamy w tym roku kupiłam dla włoskich nipoti. Może jeszcze kilka tu nie wymienionych czeka w mojej garderobie, ale nie po to je pakowałam w połowie listopada, żeby teraz przedwcześnie spojlerować – bo przecież Madre i BB czytają Rutynę… Ale naprawdę to nie są jakieś fajerwerki, bez których święta byłyby totalną ruiną…

Droższe prezenty (czyli takie od stu złotych w górę) na ogół kupujemy na spółkę, w zależności od tego dla kogo – z Madre, Tatui albo Key. I naprawdę zdarzyło się, że chyba rok temu Kuba dostał po prostu flamastry i gruby zeszyt do bazgrania, bo o tym marzył.

Nie mam potrzeby urządzania Świąt NA BOGATO. Nie biorę pożyczki na prezenty. Nie kultywuję tradycyjnego „nie rusz – to na święta” w komplecie z „jedzcie, bo się zmarnuje”. Od lat mam podejście do tematu, że „ludzie, litości… to jest jedna kolacja i jeden lub dwa obiady!!! ile można zjeść?”. Nie znoszę stania całymi dniami przy garach, a potem zmuszania rodziny do jedzenia coraz bardziej powysychanych resztek. Z resztkami to mam traumę z dzieciństwa. Wielodniowe stanie przy garach wyeliminowała moja kondycja zdrowotna.

I to właśnie dlatego, nie ze względu na kosmiczne ilości przygotowywanego jedzenia, rozkładam sobie pracę na kilka tygodni. Bo jak trzasnę porcję pierogów dla dziewięciu osób, to mogę od razu sobie aplikować masażer, kąpiel, plastry przeciwbólowe i poduszkę elektryczną. I wcale nie wykluczam, że pewnego dnia po prostu kupię gotowe, co kiedyś w ogóle nie wchodziło w grę. Jeszcze nie teraz, bo mi mąż i BB zaczęli pomagać (a nawet zdarzyło im się machnąć ruskie samodzielnie i nie pamiętam, czy opisywałam sytuację z BlueBoyem i farszem do ruskich? ale byłam pod wrażeniem…). Ale bolesna prawda jest taka, że muszę robić po jednej rzeczy na raz, z zachowaniem pomiędzy odpowiednich przerw na zmartwychwstanie, więc rozłożenie prac na etapy, jest jedynym wyjściem z sytuacji.

Co mogę, to zamrażam. Na przykład te pierogi, czy tam kapustę. Ale również kompot z suszu, zupę grzybową i rosół. Mam rozpisane pieczenie ciast i mięs. No i… korzystam czasem z gotowców!

Bo to nie jest tak, że jak się jest blogerką kulinarną (nawet hobbystycznie), to absolutnie wszystko trzeba własnemi ręcami, bo inaczej to wstyd i Bóg wie co. Owszem. Właśnie, że uszka do barszczu kupuję gotowe. W Grocie albo Brawacie. A kiedyś w Befsztyku, ale nie chce mi się dygać aż na Wolę po kilka pierożków. Bo uszka są upierdliwe, więc krakowskim targiem trzaskam ruskie i kapustę z grzybami w wymiarze normalnego pieroga, a tę drobnicę kupuję. Zresztą od ładnych paru lat barszczyk też kupuję. Gotowy. W KARTONIE. Krakusa.

[przeczekajmy te burze z piorunami zwiastujące koniec świata]

Nigdy się nie wyrabiam z gotowaniem barszczu, bo ja jednak do tej pory wszystko robiłam sama, bez względu na to, ile osób siadało mi przy świątecznym stole, na dodatek zajmując się przez lata chłopakami, bo Piter zawsze pracował aż do Wigilii, a nikomu z rodziny jakoś nie przyszło do głowy przyjechać dwa dni wcześniej i zająć się moimi synami… Ale ja nie o tym. Po prostu nigdy się nie wyrabiałam z barszczem, na dodatek moi synowie zdecydowanie odmówili jedzenia tradycyjnego na zakwasie, więc jednego roku, w akcie totalnej desperacji pomyślałam, że pieprzę to, kupuję Krakusa! I wiecie co? Nikomu to nie przeszkadzało! A skoro tak, to po co mam się zarzynać?

Śledzi też nie robię, tylko kupuję gotowe. Oberwało mi się za to kiedyś w komentarzach, że sama chemia i zaraz umrzemy, ale jak sprawdziłam listę składników, to jakoś nie zaczęłam świecić, więc może bez przesady. Umiem zrobić śledzie, ale to nie znaczy, że muszę się w nich babrać, jeśli mogę kupić pół-/produkty.

Nie piekę Pandoro. ZAWSZE kupuję gotowe (albo przywozi je Key). Bo Pandoro, krojone na poziome plastry, jest u nas bożonarodzeniową tradycją, również wtedy, gdy nie przyjeżdżają włoskie dzieci. BB bardzo tej tradycji pilnuje. Za to piekę makowce i angielskie ciasto z brandy dla Pitera oraz pamiętam, żeby zaraz po pierwszym listopada nastawić ciasto na piernik.

Czasami moje kompromisy mogą być kontrowersyjne, ale nauczyłam się stawiać na praktyczność i oszczędzać energię. I tak: skoro nikt w tym domu nie tknie karpia, robimy tylko rybę po grecku (ale podajemy ją na gorąco, bo jeszcze w czasach podstawówki odkryliśmy, że obaj panicze ją zjedzą bez problemu, a potem przecież robiliśmy ją specjalnie dla Filozofa, kiedy przez ostatnie dwa czy trzy święta nie mógł jeść wszystkiego i tę rybę przyjmował z wielką radością). Jak jesteśmy sami z Madre, to na świąteczny obiad piekę tylko indyka. Jeśli jest nas więcej – dodaję schab ze śliwką. Nie piekę ośmiu serników i nie wędzę szynek. Bo nie umiem. A poza tym nie mam pojęcia, kto by to wszystko zjadł… A zasuwanie w kuchni godzinami, wydawanie kupy pieniędzy, których nie mam, wyłącznie po to, żeby później połowę tego wszystkiego wyrzucić do kosza, jakoś wyjątkowo mi nie pasuje…

Ja to gadu, gadu (czy raczej piszu, piszu), a tam mi znowu wyskakuje informacja, że powinnam sobie na święta kupić nową kieckę, buty i brylanty. Ewentualnie te brylanty powinien mi kupić mąż pod choinkę. I tak się zastanawiam: co ja niby z tymi brylantami miałabym zrobić? Bo palców mam dziesięć i i tak wszystkich posiadanych pierścionków (niekoniecznie z brylantami) na raz nie założę… Mają mi miejsce zajmować w szufladzie? I po cholerę mi jeszcze jedna buty, skoro i tak niemal z domu nie wychodzę?

Kiecki też sobie nie kupię. Bo to nie kiecka robi święta, tylko spokój, wspólne spędzanie czasu, spotkania z rodziną,

love
peace
&
understanding

Really.

No dobrze. I odkurzone półki w bibliotece…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.