Ciuciubabka

czyli gra wydawnicza

Amatorsko wydając Codziennik Agi Pe popełniłam chyba wszystkie możliwe błędy w tej dziedzinie. Podejrzewam, że niemożliwe też. Stało się to głównie z takiego powodu, że ja w ogóle nie wiedziałam co robię, a na dodatek uważałam, że moja książka jest tak słaba, że nikt mi tego nie przeczyta. I w ogóle wydawnictwo robi mi wielką łaskę drukując i wystawiając na sprzedaż to moje dzieło. Za Pitera pieniądze zresztą.

Wiem, słyszałam od zawodowców: „Żaden poważny pisarz nie bawi się w self publishing.”, ale umówmy się: poważnym pisarzem to ja raczej nigdy nie będę, a nikt mi nie zabroni marzyć o własnej książce na półce.

Zatem zapłaciliśmy za złożenie tej mojej książki (która tak w ogóle była przecież blogowym dziennikiem), podpisaliśmy (znaczy małżonek, bo mi nie wolno) umowę na druk i dystrybucję z zasobów własnych wydawnictwa, a po jakimś czasie zwróciliśmy się z pytaniem, jak wygląda sytuacja.

No i sytuacja wyglądała tak, że nie wiadomo: śmiać się czy płakać, ale w sumie zaskoczona nie byłam, bo przecież kto by kupił „tę moją książeczkę” bez reklamy i promocji. Bo z odpowiednią reklamą sprzeda się wszystko i co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Zgodziliśmy się przyjąć siedemdziesiąt jeden złotych – głównie za sprzedaż przez empik.com i poprosiliśmy o rozwiązanie umowy. Znaczy Piter, bo formalnie to ja nie istniałam.

Coś tak potem się zawirowało nam w życiu, dość, że przez kilka lat byliśmy przekonani, że umowę zakończyliśmy tylko nie odebraliśmy tej równowartości dwóch butelek Martini Prosecco i Piter co jakiś czas powtarzał, że musi się do nich odezwać. Tak na zasadzie: „Powiedziałam, że zadzwonię, to zadzwonię i nie musisz mi co pół roku przypominać, Jo na litość boską dupy nie truj!”.

No i chyba tej wiosny odkryłam dzięki Anecie, że empik nadal sprzedaje moją książkę…

Nawet się ucieszyłam, bo potrzebowałam jakiejś motywacji. Nie wiem, jakiegoś znaku, że może nie powinnam porzucać pisania, tylko usiąść na tyłku i zabrać się za rozgrzebane projekty. Akurat w grupie wzajemnej pomocy przerabialiśmy temat kreacji według Julii Cameron i koleżanki mi wylały morze radości, wsparcia oraz tych różnych łał i och (szkoda, że żadna z nich nie poleciała kupić Codziennika, chociaż mi Halszka – będąca przypadkiem w tej grupie – wystawiła zajebistą recenzję… to tyle, jeśli mówimy o przełożeniu tych wszystkich dzióbków na praktykę). Ale trochę byliśmy skonsternowani, więc Piter zadzwonił wreszcie do wydawnictwa z pytaniem o status naszej współpracy.

Jakaś stremowana pani oświadczyła, że ona nic nie wie, ale sprawdzi.

Książka zniknęła z empiku. Piter od pół roku zbiera się, żeby do nich zadzwonić i dowiedzieć się, co z tego sprawdzania wynikło. I czy przypadkiem wydawnictwo sprzedając przez kilka lat moją książkę, że tak to ujmę: za plecami, nie wisi nam jakiejś kasy.

Wchodzę wczoraj do empik.com bo nadszedł czas przymiarek do gwiazdkowych prezentów.

Klikam tak sobie bezmyślnie.

Joanna Piotrowicz, Codziennik Agi Pe – dostarczamy w 6-8 dni.

I powiem wam tyle: szlag mnie trafił.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.