Ciasto.

Pamiętacie może, że w jednym z ostatnich odcinków poszłam piec piernik? Postanowiłam nieco rozszerzyć swój kulinarny repertuar i zrobiłam ciasto. Tak dokładniej: dwa ciasta. Z bloga jednej z topowych polskich blogerek kulinarnych.

Były ohydne.

Nic się nie stało, bo założyłam, że to będą eksperymenty i mogą się nie udać. W ogóle z tymi eksperymentami to ja mam problem od zawsze: szkoda mi produktów, na wypadek porażki. I wiem, że to strasznie głupie, ale niestety jest to skutek prania mózgu w dzieciństwie i za cholerę nie potrafię sobie z tym poradzić. Chociaż może bardziej „nie potrafiłam”, bo ostatnio bardzo nad sobą pracowałam w tym zakresie i już wiem, że do diabła: ostatecznie to są trzy jajka i trochę mąki, więc może bez przesady?

Zatem oba ciasta kompletnie nie przypadły mi do gustu (ani pozostałym domownikom) i zostały skazane na kosz. Z pewnością nie znajdą się w Oberżynie… I teraz przechodzimy do clue.

Oba przepisy można znaleźć na każdym z topowych blogów kulinarnych. Sprawdziłam.

Receptury są identyczne. Różnią się jedynie opisem i osobistymi uwagami autorek. I oczywiście biorę pod uwagę, że kwestia gustu oraz upodobań, ale… jest jeszcze jedna rzecz, która je łączy.

kilkadziesiąt tysięcy wejść

Tak, dobrze czytacie: te przepisy mają dużą klikalność. BARDZO dużą. Każdy z nich zgarnia więcej wejść, niż cały mój blog w ciągu roku. Więc każda szanująca się (oraz swoje zasięgi) blogerka kulinarna po prostu wrzuca je na swoje strony, bo wie, że czterdzieści tysięcy potencjalnych czytelników piechotą nie chodzi.

Tymczasem ja nie zamieszczę na swoim blogu czegoś, co nam nie smakuje.

W życiu!

I tu właśnie odkrywamy odpowiedź na pytanie:

DLACZEGO NIGDY NIE ZOSTANĘ PROFESJONALNĄ BLOGERKĄ KULINARNĄ?

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.