Back to basics.

Bywa, że konieczność życiowa sprowadza wszystko do absolutnej podstawy. I okazuje się, że jest to całkiem niezłe rozwiązanie…

Z koniecznością życiową się nie dyskutuje. Ale czasami takie nieoczekiwane wyłączenie z funkcjonowania pozwala zmienić perspektywę. Tam pozwala… W ogóle nie pyta o zdanie, tylko ją zmienia! I może dobrze. Bo zmusza człowieka do zrobienia kroku w tył, a wtedy można dostrzec to wszystko, co nam umyka kiedy wpatrzeni w przód gonimy horyzont.

I ja na przykład doszłam do wniosku, że owszem, rozpieprzyły mi się plany, a moje pomysły w sumie interesowały jedynie mnie, ale dzięki tej niespodziewanej przerwie w podróży ponownie zaczęłam się cieszyć z tego, co mam.

I powiem wam, że to jest naprawdę coś niesamowitego! Bo nie chodzi o jakiś tam wyklęty minimalizm, tylko o przerwanie wiecznej pogoni za czymś, co nam się wymyka i tym wymykaniem powoduje frustracje, depresje i spadek życiowego optymizmu. Jasne, że brak jest największą motywacją do działania, ale jeśli nie znajdziemy czasu i przestrzeni (jak to się teraz ładnie mówi) na celebrowanie dotychczasowych dokonań, to po cholerę nam one???

Pamiętacie przypominajkę Profesora Higginsa? I odwołanie do niej Alana Titchmarsha?

Po co to wszystko robimy?

DLA PRZYJEMNOŚCI!!!

Więc zróbmy czasem krok wstecz i znajdźmy przyjemność w tym, co udało nam się osiągnąć! Inaczej dążenie do czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu.

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.