Z moją siostrą nie sposób się nudzić.

Jechałyśmy sobie spokojnie jeepem (w kolorze yellow banana) mojej siostry, aż tu na zjeździe z rondka w Bruino pomachała nam lizakiem policja.

„Dzień dobry, pani jedzie bez obowiązkowego ubezpieczenia, signora.” – poinformował Key strapiony pan policjant. A dalej było już tylko gorzej…

Jeśli myślałyśmy, że to rutynowa kontrola drogowa, to byłyśmy bardzo daleko od prawdy. Ja nie wiem, jaki system monitorowania dróg i poruszających się po nich pojazdów ma włoska policja, ale patrol, który nas zatrzymał, wiedział, że zbliżający się samochód nie jest ubezpieczony… I dlatego go zatrzymał.

Moja siostra była święcie przekonana, że ma wykupione ubezpieczenie. Nie miała natomiast dokumentu potwierdzającego ten fakt oraz… telefonu, przez który mogłaby zabić swojego męża.

Zabójstwo męża byłoby w pełni uzasadnione, bo to Ste robił przelewy i dwukrotnie pytany, czy aby wszystko załatwił, zniecierpliwiony za każdym razem odpowiadał, że tak. Samochód jest ubezpieczony do lutego dwadzieścia dwadzieścia.

Pan policjant jednak konsekwentnie trwał przy wersji o braku ubezpieczenia i coraz bliższa była chwila, kiedy odholują samochód mojej siostry na policyjny parking po drugiej stronie Turynu, z którego będzie można go odebrać dopiero następnego dnia, po wprowadzeniu odpowiedniej opłaty. Było to o tyle niedogodne, że po pierwsze: wiązało się z utratą pieniędzy, a po drugie: zostawiało nas z Eveline kawałek drogi od domu, a mówimy tu o borgatach wokół Turynu, a nie ścisłej zabudowie miejskiej, nafaszerowanej publicznym transportem.

Jakimś cudem mój telefon miał prawie całą baterię i włączoną transmisję danych, dzięki czemu Key spędziła dobre pół godziny wisząc na nim i konferując z mężem oraz ubezpieczycielem – co powiedzmy szczerze: wczesnym wieczorem we Włoszech samo w sobie zakrawa na cud.

Cudów było więcej, ale zanim o nich, to: faktycznie samochód był ubezpieczony do lutego przyszłego roku, tyle, że mój szwagier przeoczył w sierpniu wpłatę drugiej raty… Jak również nie zwrócił uwagi na serię maili od ubezpieczyciela, przypominających o konieczności dokonania wpłaty, a potem o zawieszeniu ubezpieczenia do czasu jej uiszczenia.

Ta transmisja danych okazała się przydatna, bo po sieci chodziły różne maile i skany, zrzuty ekranu i potwierdzenia. Ostatecznie patrol chyba spieszył się na kolację (a wiadomo: w Italii kolacja – rzecz święta!), bo nie dość, że nie odholował nam auta, to odpuścił Key wzywanie własnej lawety i pozwolił nam wrócić tym samochodem do domu, pod warunkiem, że do wznowienia ubezpieczenia samochód będzie stał na terenie posesji!!!

Zanim dojechałyśmy do domu Ste zapłacił brakującą ratę. Mojej siostrze pozostało jedynie stawić się następnego dnia na komisariacie, posypać głowę popiołem i zapłacić mandat za jazdę bez ubezpieczenia. Potraktowali ją ulgowo… Skończyło się na ośmiuset euro i kilku punktach karnych. Ale kolację tego dnia jedliśmy bardzo spóźnioną…

© 2021, Rutyna Chaosu. All rights reserved.